Archiwum kategorii 'Geopolityka'

15
lut
10

Quo Vadis Росси́я?

Niedawno odbyła się druga, decydująca tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi tłumnie ruszyli do urn, aby mimo przejmującego mrozu spełnić swój obywatelski obowiązek. W tym roku każdy głos się liczył, walka szła na szable między post-pomarańczową Tymoszenko a błękitnym, choć nie tak nepotycznie jak 5 lat temu, Janukowyczem. Z niewielką przewagą wygrał Janukowycz kandydat pro-moskiewski. Mimo faktu, iż określenie pro-moskiewski powoli nabiera charakteru kontrowersji, jestem przekonany, że reakcja Rosjan jest wystarczającym dlań usprawiedliwieniem.

Sytuacja po wyborach mimo ogłoszenia zwycięzcy jest jeszcze niespokojna i jeszcze prawdopodobnie długo pozostanie. Tymoszenko, niezadowolona z rzekomych nieprawidłowości i uchybień, czy wręcz fałszerstw, odgraża się zaskarżeniem wyników. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż wierzy w to sama niedoszła pani prezydent. Cisza w Europie na temat rzekomych oszustw jest niezwykle wymowna. Być może szczęścia spróbują jeszcze możni na wygnaniu, ale rzecz nie ma i nie znajdzie szerszego poparcia na zachodzie. Obecnie są to raczej głośne przepychanki przed przyszłym obsadzaniem stanowisk, niż realistyczna, faktyczna chęć podważenia wyników głosowania.

Co dalej?

Mimo entuzjastycznych komentarzy redaktorów z gazet wszelakich, szumnych zapowiedzi sztabu Janukowycza na temat UE, oraz spekulacji względem pierwszej symbolicznej wizyty świeżo upieczonego prezydenta do Brukseli, oraz wróżenia, że nie będzie tak źle – nastąpiło polityczne przesunięcie Kijowa na wschód, z wszystkimi tego konsekwencjami. Moskwa już nie walczy o zabezpieczenie zagrożonego pomarańczową Ukrainą “podbrzusza”, więc swe zasoby zaangażuje gdzie indziej. Specjaliści wskazują Kaukaz i Kraje Bałtyckie. Na kaukazie należy zrobić porządek z radykalnymi ekstremistami i Gruzją, natomiast w krajach bałtyckich zadbać o bezpieczeństwo własnych uciskanych obywateli, oraz na poważnie zająć się próbami przekłamywania historii.

Bezkompromisowy jak sam bohater

Wraz ze zmianą władzy w Kijowie zaczął wiać nieprzychylny dla Warszawy wiatr, choć konsternacja dała o sobie znać już przed wyborami. Ustępujący Prezydent Juszczenko postanowił na koniec swej politycznej kariery zafundować Ukrainie kolejnego bohatera. Każdy naród potrzebuje swych symboli, wszak bez narodowych herosów tożsamość narodowa nie znajduje zakotwiczenia, obumiera. Problem polega na tym, że nowy bohater Ukrainy to nie kto inny lecz Stepan Bandera we własnej osobie. Pan odpowiedzialny za masowe morderstwa dokonywane na Polakach podczas II wojny światowej na terenach należących przed wojną do II Rzeczypospolitej.

Krok na jaki poważył się prezydent Juszczenko jest bezspornie czynem brawurowym, by nie powiedzieć – szalonym. W czasach, gdy wszelkie reminiscencje nazizmu tępione są w europie z bezwzględnością, prezydent Juszczenko proponuje, żeby bohaterem Ukrainy został pan który z faszystami kolaborował i który w swych działaniach uciekał się do ich metod. W tym przypadku intencje nie powinny rzutować na sam fakt kolaboracji. Nie w realiach współczesnej political correctness.

Używając logiki pomarańczowego prezydenta, muzeum Pergamońskie w Berlinie można by przemianować na muzeum im Hermana Goeringa, wszak niemiecki patriota był mecenasem sztuki i walczył za ojczyznę.

Czy decyzja prezydenta podyktowana była zwykłym szaleństwem, nieznajomością współczesnych realów, niewrażliwością na nie, czy wreszcie swoistym aktem desperacji w obliczu świadomości końca własnej kariery politycznej?

Jako polityk, tymczasowo (prawdopodobnie bez odwołania) przegrany, lecz jako “prawdziwy” Ukrainiec, niezłomny i bezkompromisowy. Symboliczny męczennik z ramienia FSB a zarazem prawdziwy strażnik słowa wpisanego w złoty trójząb Rurykowiczów. Tymczasowo uśpiony, lecz w każdej chwili gotowy do działania. Do czasu aż nadejdzie kolejny dobry moment. Pytanie tylko czy nadejdzie, gdy Rosjanie z Niebieskimi ugruntują już swoją pozycję.

„Pax Europeana” Miedwiediewa -  nie oficjalnie, lecz po cichu

Pod koniec zeszłego roku na stronie kancelarii prezydenta federacji rosyjskiej pojawił się dokument noszący roboczą nazwę – “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim”. Roboczej, ponieważ była to propozycja skierowana do europejskich kolegów, dotycząca palącej potrzeby zmiany układu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Wymagająca akceptacji, a więc zapewne i zmiany tytułu, aby stanowić kęs zdatny do przełknięcia dla samej Ameryki, oraz dla jej “śmiesznych i nierozsądnych” przyjaciół w Europie. Rosjanie jako przykład, gdzie braki w systemie bezpieczeństwa zawiodły wskazali konflikt w Gruzji z sierpnia 2008 (choć polska wiki już informuje, że była to wojna w Osetii południowej), oraz rozwiązanie z międzynarodowym “rozbiorem” Serbii.

Doradcy prezydenta Miedwiediewa uważają, że gdyby Moskwa miała więcej do powiedzenia we wspomnianych kwestiach, do obydwu tragedii mogłoby nie dojść. Choć nie można też wykluczyć, czegoś krańcowego odmiennego. Wracając do samej propozycji, budzi ona słuszne kontrowersję ponieważ oznacza de facto uznanie rosyjskiej strefy wpływów. Tymczasowo chodzi o Ukrainę, Kaukaz, oraz kraje Azji Środkowej. Rosja domaga się uznania prymatu jej interesów na tych obszarach. A więc koniec z dywersyfikacją, partnerstwem dla demokracji czy kolejną chwytliwie nazwaną fanaberią zachodnich PR-owców.

Cisza Berlina, była bardzo wymowna, premier Berlusconi próbował nawiązać dialog, natomiast ostatnio prezydent Sarkozy zaskoczył chyba wszystkich, łącznie z Karlą Bruni.

Wygląda na to, że istnieje jakaś niepisana umowa pomiędzy prezydentem wszystkich Francuzów oraz prezydentem wszystkich Rosjan z przyległymi  nacjami. Prezydent Sarkozy zdecydował, że odsprzeda Rosjanom okręt desantowy plus kilka innych sztuk uzbrojenia, które poszerzą rosyjskie ultima ratio regum. Tranzakcja wpłynie negatywnie na obecny układ bezpieczeństwa na przestrzeni EŚW, dając znaczącą przewagę Moskwie. Czy można tak samemu, zaraz po tym jak wstąpiło się do NATO sprzedawać broń do kraju, który uważa sojusz za głównego rywala? I to bez szerszej debaty na temat zaproponowanej przez ów kraj umowy dotyczącej zmiany układu sił? Wygląda na to, że można. Prezydent Sarkozy jest żywym, chodzącym przykładem.

W szerszym kontekście zaskakuje również przyzwalające milczenie Berlina. Jeśli dobrze się zastanowić umiarkowana reakcja stanów zjednoczonych sugeruje, że jesteśmy właśnie świadkami wejścia w życie umowy nazwanej roboczo “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim” autorstwa prezydenta Miedwiediewa. Umowa, której nazwa właściwa niedługo powstanie jest oczywiście niepisana, choć spisana została przez zespół doradców rosyjskiego prezydenta.

Prezydent Miedwiediew jest twardym Rosjaninem choć “liberałem”, który w przeciwieństwie do premiera Putina rozumie, że współpraca z zachodem będzie owocna przez co korzystniejsza niż wyniszczające spory. Zachód potrzebuje wyraźnego sygnału, że Rosja z którą współpracuje to Rosja według Miedwiediewa, nie Rosja według Putina. Reakcje kręgu prezydenta wykazują zrozumienie zachodnich obaw, oraz chęć do współpracy a także świadomość, że potencjalnym rywalem Moskwy jest Pekin, nie Zachód. Natomiast gwardia Putina boi się zmian o czym pisze sam prezydent Miedwiediew.

Tymczasem zachodnia prasa już uruchomiła serię stonowanych, melancholijnie – optymistycznych tekstów o trudnej historii i obiecujących perspektywach. Część Europy jest już przekonana, pozostałych będą przekonywać. Powoli i z wyczuciem, aby uniknąć niepotrzebnej paniki. W chwili obecnej piłka jest w rekach Miedwiediewa. To od niego zależy jak potoczy się dalsza gra o europejskie bezpieczeństwo. Pozostaje tylko zapytać: Quo Vadis Россия?

27
paź
09

Krajobraz z rurą w tle

orzel 400W rosyjskiej prasie pojawiła się ostatnio wypowiedź Władimira Putina na temat niemiecko rosyjskiego gazociągu, który połączy Rosję i Niemcy w nierozerwalnym, gazowym uścisku. Mowa oczywiście o gazociągu północnym znanym również pod nazwą Nord Stream. Premier Putin oświadczył, ze realizacja projektu powinna pójść zgodnie z planem. Znając sceptyczne stanowisko Szwecji i Estonii, przez których wody terytorialne przebiegać ma gazociąg, optymizm Putina jest co najmniej zastanawiający. Być może premier opracował już plan, dzięki któremu stanowisko Sztokholmu i Tallinna będzie można zignorować, lub używając odpowiednich środków, zmienić na przychylne.

Berlin i Moskwa podpowiadają, że budowa gazociągu Nord Stream, którego podstawowym zadaniem będzie transport syberyjskiego gazu z Rosji do Niemiec z pominięciem tradycyjnych krajów tranzytowych, jest projektem czysto ekonomicznym, że projekt wykazuje zupełny brak aspektu geopolitycznego. W czasie, kiedy zaangażowanie światowego supermocarstwa w konflikt w Afganistanie, Iraku, potencjalnie w Iranie, było odpowiedzią na zagrożenia wynikające z współczesnej geopolityki, Niemcy i Rosjanie zgodnie twierdzą że ich wspólne przedsięwzięcie jest pozbawione tego wymiaru oraz, że projekt nie jest wymierzony w kraje europy środkowej i wschodniej. Mocno zastanawiające.

Zakładając, że Rosjanom chodzi jedynie o wyeliminowanie opłat tranzytowych, nawet w tym przypadku nie można powiedzieć, że projekt nie jest wymierzony przeciwko środkowoeuropejskim stolicom. Oczywiście gdyby był to jedyny cel i idea projektu, sceptyczne stanowisko Warszawy nie byłoby usprawiedliwione. Rosyjsko niemiecki projekt, którego większościowym udziałowcem będzie strona rosyjska, może jednak zostać użyty, jako narzędzie uskuteczniania tradycyjnej polityki. Nie są to bezpodstawne domysły, lecz rzeczywistość, czego przykładem były rosyjsko ukraińskie wojny gazowe, których skutki odczuła również Europa zachodnia.

Biorąc pod uwagę aspekt geopolityczny projektu, nie dziwi fakt, że Rosjanie zapewniają o jego braku, nie dziwi również, że zgadzają się z nimi Niemcy, którzy dostali darmową próbkę tego co mogłoby ich czekać w razie ewentualnego konfliktu Moskwy z Warszawą, bądź Kijowem. Powinien natomiast dziwić, a właściwie zastanawiać fakt, iż Warszawa zdaje się tym zapewnieniom całkowicie ufać.

Koalicja państw, które podzielały stanowisko Polski względem gazociągu, bardzo szybko topnieje.
Pierwszym krajem, który zdecydował o przełamaniu impasu, została Dania. oficjalne zastrzeżeniem Kopenhagi było potencjalne zagrożenie ze strony projektu dla środowiska naturalnego. Wygląda na to, że wątpliwości ojczyzny Hamleta zostały rozwiane, pytanie tylko czy sprawcą był niezależny raport ekspertów, czy raczej nieupublicznione rosyjsko-niemieckie ustępstwa. Możemy z całą pewnością wykluczyć zmowę Kopenhagi z Berlinem, względem kwietniowego wyboru szefa NATO dlatego, że Dania wyraziła zgodę na ułożenie rury w jej strefie ekonomicznej dopiero w październiku, jednak bezinteresowne ustępstwa są zjawiskiem rzadko spotykanym w stosunkach międzynarodowych.

Kolejnym państwem, które w wyniku badań przedstawionych im prze specjalistów, rozważa zmianę stanowiska na temat projektu, to Finlandia. Widocznie, październikowe rozmowy premiera Putina z przedstawicielami fińskiego rządu okazały się owocne. Rozmawiano o problemach okresu kryzysu, wspólnych przedsięwzięciach oraz współpracy energetycznej, szczególnie ten ostatni aspekt jest niezwykle istotny dla uzależnionej w 100% od rosyjskiego gazu, oraz w 70% od rosyjskiej ropy, Finlandii. Być może dlatego, premier Putin wspomniał w trakcie rozmów,  temat możliwości dopuszczenia Finlandii do udziałów w rosyjskich złożach Stockmana na morzu Barentsa. Nowo powstające, Finlandzkie centrum kultury w Sankt Petersburgu z pewnością nie odgrywa większej roli w procesie zmiany stanowiska rządu w Helsinkach.

Oczywiście są to spekulacje, jednak wygląda na to, że każdy ma swoją cenę, natomiast początkowe, negatywne stanowisko stanowi świetną pozycję wyjściową do dalszych, indywidualnych negocjacji .

Aby zrozumieć dążenia Kremla do utworzenia narzędzia uskuteczniania własnej polityki, należy zastanowić się nad problemami wynikającymi z rosyjskiej geopolityki. Jeżeli poddamy analizie wszystkie aspekty rosyjskiej geografii politycznej, jeden z nich wyraźnie wysuwa się na pierwszy plan. Mowa, oczywiście o ogromnym terytorium Rosji, które automatycznie determinuje pewne, określone działania Moskwy i kreśli nadrzędne wytyczne, na których Kreml opiera swoje strategiczne decyzje. Rozległe połacie terenów Rosji odegrały decydującą rolę w ewolucji rosyjskiej państwowości, oraz w kształtowaniu specyficznej formy społeczeństwa, które tworząc oddalone od siebie o setki kilometrów skupiska, miało tendencję do preferowania silnych, zapewniających odpowiednią opiekę, autorytarnych rządów.

Motorem działania Moskwy jest niewątpliwie czynnik samozachowawczy. Rosja, mając tak rozległe terytorium, nie posiada wystarczającej ilości naturalnych barier, aby skutecznie oprzeć się dobrze przygotowanej i zaplanowanej interwencji, przeprowadzonej przez odpowiednio przygotowanego przeciwnika. Aby należycie rozumieć i interpretować rosyjskie działania należy zdać sobie sprawę z tej prostej zależności. Historycznie, ekspansja zachodnia Moskwy była w jej oczach działaniem mającym na celu zapewnienia sobie względnego bezpieczeństwa. Optymalnym rozwiązaniem dla Kremla, było utworzenie wokół Rosji, szeregu państw buforowych, które obsadzone przychylnymi rządami pełniłyby rolę pierwszej linii obrony przed ewentualnym atakiem.

Jeżeli przyjmiemy, że naturalnym wektorem rosyjskiej ekspansji jest zachód, czyli Europa wschodnia, Gazociąg Północny doskonale wpisuje się w rolę katalizatora moskiewskich wpływów w tym regionie. Mimo jednoznacznych zapewnień dwóch największych udziałowców projektu, Berlina i Moskwy.

Wszystko wskazuje na to, że Nord Stream jednak powstanie, Rosjanom pozostaje jedynie przekonać Szwedów i ewentualnie Estończyków. Jeżeli, wbrew temu co obecnie mówi Moskwa, Rosjanie skorzystają w przyszłości z możliwości, które Nord Stream im oferuje, gdy zdarzy się ku temu odpowiednia okazja, Berlin będzie miał ograniczoną możliwość odpowiedzi, gdyż wiązałoby się to z zakręceniem gazowego kurka.

Berlin jest przekonany, że zrobił doskonały interes integrując Polskę w struktury UE, umiejętnie korzystając z soft power. Właściwie, dla Polski jest to również dobry interes ponieważ gwarantuje bezpieczeństwo przed ekspansją militarną ze strony obecnie przychylnego sąsiada, nie gwarantuje natomiast bezpieczeństwa przed ekspansją ekonomiczną i kulturową. Oczywiście mowa tu, nie o bezpośredniej propagandzie, lecz o subtelnej grze psychologicznej popartej odpowiednią kampanią przemysłu filmowego, oraz zaprzyjaźnionych mediów i organizacji pozarządowych, której obecnym niekwestionowanym liderem są Stany Zjednoczone.

Zakładając, że Rosja w długoterminowej perspektywie osiągnie swe strategiczne cele, upora się z przejściowo zaognioną sytuacją na Ukrainie, w Gruzji, oraz ureguluje sprawy na Białorusi, Moskwa będzie mogła poświęcić swą, dotychczas rozproszoną uwagę oraz odpowiednio zwiększone środki, aby zająć się skutecznym poszerzaniem własnych wpływów nad Wisłą.

Kiedy to nastąpi, niemiecka i rosyjska soft power po raz kolejny w historii zetrą się w przestrzeni społeczno-politycznej Polski, podobnie jak miało to miejsce tuż przed rozbiorami I Rzeczypospolitej w XVIII wieku, lecz w nieco odmiennej konfiguracji. Jak owo starcie wpłynie na samą Polskę i Polaków możemy jedynie spekulować. Doświadczeni historią możemy jednak pokusić się o wielce prawdopodobne stwierdzenie, że wszelkiego rodzaju próby nacisków ze strony naszych dwóch największych sąsiadów spotkają się ze zdecydowanym oporem.

Czyżby Polska skazana była, na niekończący się koncert swoich dwóch największych sąsiadów?

07
paź
09

Irańska ruletka

irańska ruletka copy

Ostatnimi czasy, mieliśmy przyjemność oglądać zmagania największych, mające na celu uregulowanie problemu irańskiego atomu. Byliśmy też świadkami, próby podjętej przez prezydenta Obamę, która polegała na użyciu wobec Rosji, jakże popularnej metody kija i marchewki . Ekipa prezydenta Busha juniora, najczęściej używała kija, efektem czego nastąpiło znaczące pogorszenie relacji na linii Waszyngton – Moskwa.

Nowa administracja Białego Domu postanowiła sięgnąć po marchewkę, w postaci rezygnacji z planów rozmieszczenia elementów BMD (balistic missle defence) w Polsce i Republice Czeskiej. Pomijając kontrowersje na temat, zweryfikowanej przez demokratów, rzekomej nieskuteczności owego systemu, był to ewidentny ukłon w stronę Moskwy. Coś w rodzaju zachęty do porzucenia wzajemnych animozji, oraz zaproszenia do wspólnego rozwiązywania aktualnych problemów. Jak przystało na poważnego gracza, Moskwa ofertę przyjęła z umiarkowaną radością, nie obiecując nic wymiernego w zamian. Waszyngton natomiast spodziewał się bardziej entuzjastycznej, przekładającej się na namacalne korzyści reakcji.

Na temat tego czy decyzja Obamy była decyzją polityczną, podyktowaną chęcią przypodobania się Moskwie w celu umożliwienia przez Kreml realizacji amerykańskich planów względem Iranu, pisało już wielu komentatorów. Oczywiście zdania na ten temat, były i nadal są podzielone. Oficjalna wersja, przedstawiana przez prezydenta Obamę, jest taka, że na decyzję prezydenta miał wpływ jedynie raport na temat zweryfikowanej skuteczności stacjonarnego systemu BMD.

Najbliżsi odpowiedzi na pytanie, jak oficjalna wersja ma się do skompilowanej rzeczywistości, będą za kilka dekad historycy.

Z jednej strony, mając ograniczony dostęp do poufnych danych, możemy jedynie spekulować na temat tego jaką rolę w decyzji prezydenta Obamy odegrał czynnik moskiewski. Z drugiej natomiast doskonale wiemy, że USA znalazły się w sytuacji, w której dobra wola Moskwy jest elementem decydującym o powodzeniu planów Waszyngtonu.

Biorąc pod uwagę tę prostą zależność możemy dojść do wniosku, że wycofanie Waszyngtonu z planów instalacji BMD w Europie Wschodniej było znakiem zachęty dla decydentów Kremla.

Nie bez znaczenia jest również data, jaką prezydent Obama wybrał aby poinformować swych europejskich sojuszników o nieoczekiwanej zmianie planów. Niefortunny, 17-ty września ma dwa wytłumaczenia. Pierwszym z nich to zwykła pomyłka, niedoinformowanie lub pewne braki w zasobach wiedzy, wśród amerykańskich specjalistów od Europy Wschodniej. Drugim wytłumaczeniem, ktoś może zarzucić, że nazbyt ekstremalnym, jest celowy wybór tej daty przez administrację Białego Domu. W razie gdyby Kreml uznał samą rezygnację z planów rozmieszczenia BMD w Europie, jako niewystarczający, nie gwarantujący dobrej woli USA gest.

Jeśli przyjmiemy, że decyzja prezydenta Obamy była w pewnym stopniu podyktowana, niezłomnym stanowiskiem Kremla w kwestii Irańskiego programu atomowego, to z punktu widzenia amerykańskiej racji stanu, była to decyzja słuszna. Obecne zaangażowanie wojsk USA w Iraku i Afganistanie, oraz problemy logistyczne w przypadku Afganistanu a także zależność w wielu kwestiach od Moskwy, skutecznie studzą zapał do konfrontacji, wśród najbardziej nawet krewkich spośród amerykańskich polityków.

Pan Fareed Zakaria w swej książce pod tytułem The Post-American World, porównuje obecną sytuację USA do sytuacji w jakiej znalazła się Wielka Brytania u schyłku świetności imperium. Podobnie jak wówczas Londyn, obecnie Waszyngton zaangażował się w konflikty, które ukazują jego niespodziewaną słabość. Słabość, która jak drobne ślady pęknięć na dotychczas solidnym naczyniu, oznaczają początek końca tego naczynia. Oczywiście, nie końca Ameryki a jedynie pewnego okresu we dziejach ludzkości, którego cechą charakterystyczną była globalna dominacja Stanów Zjednoczonych.

Wracając do tematu, miejscem, w którym należało spodziewać się reakcji Moskwy na hipotetyczne ustępstwa Waszyngtonu, były rozmowy , które odbyły się 1-go października w Genewie. W trakcie spotkania przedstawicieli szóstki możnych tego globu, z irańskimi negocjatorami, nie doszło do żadnego przełomu, tym bardziej konsensusu. Prasa uzyskała i przekazała niewiele informacji, co samo w sobie można uznać za wielce wymowne. Gdyby wypracowano niewielkie nawet, sukcesy, można by je nieco podkolorować, co zadowoliłoby mniej wnikliwych. Tymczasem, jedynym sukcesem jaki udało się osiągnąć i zakomunikować, była zgoda Teheranu na kolejne, zapewne również bezowocne spotkanie.

W jaki sposób przebiegały genewskie rozmowy i która ze stron przyczyniła się do braku rozsądnego porozumienia względem irańskiego atomu, możemy jedynie spekulować.

Generalnie, szóstkę można całkiem łatwo podzielić, według ich intencji względem Teheranu. Pierwszą grupę stanowią państwa, w których interesie leży powstrzymanie atomowych ambicji Iranu, nawet za pomocą sankcji czy w ostateczności, zbrojnej interwencji. Druga grupa, to państwa ostrożnie podchodzące do ekonomicznej przemocy, bo ta godziłoby w ich interesy.

Do grupy pierwszej z całą pewnością można zaliczyć USA oraz Wielką Brytanię. W przypadku Francji i Niemiec sprawa przedstawia się nieco inaczej. Dzieje się tak, z uwagi na zaangażowanie niemieckich i francuskich firm w irańską gospodarkę. Korporacje, należące do europejskiego tandemu, dostarczają Iranowi m.in. maszyn i samochodów, budują elektrownie i drogi, modernizują i rozbudowują sieci przesyłu energii a koncern spożywczy Hochland, buduje w Iranie własne mleczarnie w celu uruchomienia produkcji serów.

Pomijając stanowisko Rosji, która również inwestuje w Iranie, a także Chin, dokonujących zakupów irańskich surowców,  może to właśnie interesy Niemiec, być może w mniejszym stopniu Francji, zaważyły o braku porozumienia względem nowych sankcji?

W dobie dzisiejszego kryzysu, zerwanie więzów gospodarczych z partnerem, który wtłacza w budżet państwa brakujące euro, wydaje się posunięciem nieracjonalnym.

Wracając do elementu rosyjskiego w irańskiej układance, wygląda na to, że Moskwa nie chwyciła, hipotetycznego haczyka i nie dała się przekonać amerykańskim namowom, skierowanym przeciwko gospodarce Iranu. Na decyzje Kremla wpłynął zapewne Pekin, któremu amerykański pomysł sankcji jest zupełnie nie na rękę. Nie należy bagatelizować również, irańskiego zaangażowania kontynentalnej dwójki, czyli Niemiec i Francji.

Dlaczego Moskwa nie chwyciła wspomnianego haczyka? Powód jest prosty: Rosja, jako producent gazu i ropy jest zainteresowana utrzymaniem jak najwyższego kursu sprzedaży tych surowców. W dużym uproszczeniu, im więcej źródeł ropy i gazu na rynku, tym mniej te surowce kosztują. Przeciągający się konflikt wokół państwa Ajatollahów sprawia, że irańskie surowce nie docierają na globalny rynek, co automatycznie gwarantuje wyższe ceny rosyjskiego eksportu.

Miałby rację, ten kto powie, że przecież Moskwa powinna w takim razie zgodzić się na proponowane przez USA sankcje, bo przecież gwarantowały by jej to, o co zabiega, czyli rosnące ceny surowców.

Decydenci Kremla myślą jednak nieco szerzej. Zgoda na sankcje gwarantowałaby wprawdzie wyższe ceny za rosyjskie surowce, jednak nie byłby to efekt trwały lecz tymczasowy. Ewentualne sankcje, w skutkach długoterminowych, wiązałyby się z bardzo prawdopodobną zmianą u sterów w Teheranie. Z cała pewnością na drodze rewolucji, jednak tym razem zdecydowanie antyradykalnej.

Ostatnie wybory prezydenckie w Iranie, dały nam świadectwo istnienia, masowego oporu przeciw Ahmadineżadowi oraz twardogłowym radykałom z jego otoczenia. Ponadto, demonstranci skandowali antyrosyjskie hasła. Wzbudza to uzasadniony niepokój Kremla dlatego, że ewentualna utrata Teheranu, wpłynie negatywnie na wielkomocarstwowe ambicje Moskwy. Być może  zupełnie je przekreśli.

Gdyby Moskwa zgodziła się na niekorzystne dla niej sankcje a tym samym ziściła pre-resetowe marzenia Obamy, utraciłaby tym samym, kruchą sympatię Teheranu. Bez przychylnego Teheranu, kto zajmie część uwagi amerykańskiego molocha, kiedy Rosja zajęta będzie budowaniem nowego ładu bezpieczeństwa w Europie? Albo, kiedy upomni się o swoje, bo leżące na przedłużeniu grzbietu Łomonosowa, surowce Arktyki?

Celowo nie wspomniałem o ewentualnej interwencji zbrojnej, dlaczego? Wygląda na to, że jeżeli mocarstwa nie są w stanie osiągnąć porozumienia względem sankcji a USA ich przeforsować, ryzyko konfliktu, a właściwie ryzyko zgodnego przyzwolenia na interwencje jest minimalne. Choć nie jest też wykluczone. Należy jednak pamiętać, że zasoby Waszyngtonu są obecnie w dużym stopniu zaangażowanie w Iraku i Afganistanie, a ewentualna interwencja bez jednomyślnej zgody szóstki, wiązałaby się z adekwatną reakcją Moskwy i Pekinu.

Część analityków jest zdania, że Moskwa celowo utrzymuje obecną sytuację wokół Iranu po to, aby zaangażować USA w konflikt (niekoniecznie zbrojny), który zmusi je do skupienia swej uwagi oraz poświęcenia niemałych zasobów w celu neutralizowania zagrożenia płynącego ze strony Teheranu.

Ci, bardziej radykalni mówią, że Kreml potajemnie wysyła swoich specjalistów od broni jądrowej do Iranu , aby ci pomogli skonstruować pierwsze głowice nuklearne. Podobno, ostatnia wizyta premiera Netanjahu w Moskwie, została złożona w celu dokonania wyjaśnień względem rzekomych tego dowodów, przedstawionych przez izraelski wywiad. Oczywiście, Kreml zgodnie odpowiada, że to nieprawda.

Spekulacje, spekulacjami, jednak faktem jest, że do porozumienia na szczycie G5+1+IRAN, nie doszło.    Być może dlatego prezydent Obama wysyła wiceprezydenta Bidena do Warszawy i Pragi. Po to aby ten zapowiedział, że w Polsce i Czechach zostaną jednak usytuowane pewne, bliżej niesprecyzowane elementy nowego BMD. Ktoś wspomniał również o potrzebie rozpoczęcia procesu ratyfikacji umowy, zawartej jeszcze za ekipy prezydenta Busha, w której mowa m.in o stacjonowaniu amerykańskich żołnierzy na polskiej i czeskiej ziemi.

Ostatnio, wiele mówi się na temat gasnącej potęgi Stanów Zjednoczonych. Geopolitycy przewidują, że kwestią zaledwie kilku dekad, jest przesunięcie środka ciężkości naszego globu na wschód, w kierunku Azji.

Jak potoczy się gra, w której główną wygraną jest godny pozazdroszczenia, decydujący wpływ, jaki zwycięzca będzie miał na przyszłe losy naszego globu? Na podobnie zadane pytanie, trudno jest dziś jednoznacznie odpowiedzieć. Możemy jednak próbować zrozumieć pewne mechanizmy i zależności, które są nieodłącznymi elementami współczesnych, geopolitycznych szachów.

Żyjemy w świecie, w którym odzywają się uśpione nacjonalizmy, duma narodowa oraz mocarstwowe ambicje budzących się z długiego letargu dawno-minionych potęg, zaczynają agresywnie upominać się o swój kawałek globalnego tortu. Stany Zjednoczone, podobnie jak wcześniej Imperium Brytyjskie, poszło o dwie wojny za daleko. Natomiast, reszta spostrzegła, że nie taki diabeł straszny, jak go malują..

Dla wytrwałych,  krótki wywiad telewizji BBC z Fareedem Zakaria, autorem książki The Post American World.




RSS Rossija

Blog Stats

  • 11,556 hits

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.