Archiwum kategorii 'Dyplomacja'

15
lut
10

Quo Vadis Росси́я?

Niedawno odbyła się druga, decydująca tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi tłumnie ruszyli do urn, aby mimo przejmującego mrozu spełnić swój obywatelski obowiązek. W tym roku każdy głos się liczył, walka szła na szable między post-pomarańczową Tymoszenko a błękitnym, choć nie tak nepotycznie jak 5 lat temu, Janukowyczem. Z niewielką przewagą wygrał Janukowycz kandydat pro-moskiewski. Mimo faktu, iż określenie pro-moskiewski powoli nabiera charakteru kontrowersji, jestem przekonany, że reakcja Rosjan jest wystarczającym dlań usprawiedliwieniem.

Sytuacja po wyborach mimo ogłoszenia zwycięzcy jest jeszcze niespokojna i jeszcze prawdopodobnie długo pozostanie. Tymoszenko, niezadowolona z rzekomych nieprawidłowości i uchybień, czy wręcz fałszerstw, odgraża się zaskarżeniem wyników. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż wierzy w to sama niedoszła pani prezydent. Cisza w Europie na temat rzekomych oszustw jest niezwykle wymowna. Być może szczęścia spróbują jeszcze możni na wygnaniu, ale rzecz nie ma i nie znajdzie szerszego poparcia na zachodzie. Obecnie są to raczej głośne przepychanki przed przyszłym obsadzaniem stanowisk, niż realistyczna, faktyczna chęć podważenia wyników głosowania.

Co dalej?

Mimo entuzjastycznych komentarzy redaktorów z gazet wszelakich, szumnych zapowiedzi sztabu Janukowycza na temat UE, oraz spekulacji względem pierwszej symbolicznej wizyty świeżo upieczonego prezydenta do Brukseli, oraz wróżenia, że nie będzie tak źle – nastąpiło polityczne przesunięcie Kijowa na wschód, z wszystkimi tego konsekwencjami. Moskwa już nie walczy o zabezpieczenie zagrożonego pomarańczową Ukrainą “podbrzusza”, więc swe zasoby zaangażuje gdzie indziej. Specjaliści wskazują Kaukaz i Kraje Bałtyckie. Na kaukazie należy zrobić porządek z radykalnymi ekstremistami i Gruzją, natomiast w krajach bałtyckich zadbać o bezpieczeństwo własnych uciskanych obywateli, oraz na poważnie zająć się próbami przekłamywania historii.

Bezkompromisowy jak sam bohater

Wraz ze zmianą władzy w Kijowie zaczął wiać nieprzychylny dla Warszawy wiatr, choć konsternacja dała o sobie znać już przed wyborami. Ustępujący Prezydent Juszczenko postanowił na koniec swej politycznej kariery zafundować Ukrainie kolejnego bohatera. Każdy naród potrzebuje swych symboli, wszak bez narodowych herosów tożsamość narodowa nie znajduje zakotwiczenia, obumiera. Problem polega na tym, że nowy bohater Ukrainy to nie kto inny lecz Stepan Bandera we własnej osobie. Pan odpowiedzialny za masowe morderstwa dokonywane na Polakach podczas II wojny światowej na terenach należących przed wojną do II Rzeczypospolitej.

Krok na jaki poważył się prezydent Juszczenko jest bezspornie czynem brawurowym, by nie powiedzieć – szalonym. W czasach, gdy wszelkie reminiscencje nazizmu tępione są w europie z bezwzględnością, prezydent Juszczenko proponuje, żeby bohaterem Ukrainy został pan który z faszystami kolaborował i który w swych działaniach uciekał się do ich metod. W tym przypadku intencje nie powinny rzutować na sam fakt kolaboracji. Nie w realiach współczesnej political correctness.

Używając logiki pomarańczowego prezydenta, muzeum Pergamońskie w Berlinie można by przemianować na muzeum im Hermana Goeringa, wszak niemiecki patriota był mecenasem sztuki i walczył za ojczyznę.

Czy decyzja prezydenta podyktowana była zwykłym szaleństwem, nieznajomością współczesnych realów, niewrażliwością na nie, czy wreszcie swoistym aktem desperacji w obliczu świadomości końca własnej kariery politycznej?

Jako polityk, tymczasowo (prawdopodobnie bez odwołania) przegrany, lecz jako “prawdziwy” Ukrainiec, niezłomny i bezkompromisowy. Symboliczny męczennik z ramienia FSB a zarazem prawdziwy strażnik słowa wpisanego w złoty trójząb Rurykowiczów. Tymczasowo uśpiony, lecz w każdej chwili gotowy do działania. Do czasu aż nadejdzie kolejny dobry moment. Pytanie tylko czy nadejdzie, gdy Rosjanie z Niebieskimi ugruntują już swoją pozycję.

„Pax Europeana” Miedwiediewa -  nie oficjalnie, lecz po cichu

Pod koniec zeszłego roku na stronie kancelarii prezydenta federacji rosyjskiej pojawił się dokument noszący roboczą nazwę – “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim”. Roboczej, ponieważ była to propozycja skierowana do europejskich kolegów, dotycząca palącej potrzeby zmiany układu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Wymagająca akceptacji, a więc zapewne i zmiany tytułu, aby stanowić kęs zdatny do przełknięcia dla samej Ameryki, oraz dla jej “śmiesznych i nierozsądnych” przyjaciół w Europie. Rosjanie jako przykład, gdzie braki w systemie bezpieczeństwa zawiodły wskazali konflikt w Gruzji z sierpnia 2008 (choć polska wiki już informuje, że była to wojna w Osetii południowej), oraz rozwiązanie z międzynarodowym “rozbiorem” Serbii.

Doradcy prezydenta Miedwiediewa uważają, że gdyby Moskwa miała więcej do powiedzenia we wspomnianych kwestiach, do obydwu tragedii mogłoby nie dojść. Choć nie można też wykluczyć, czegoś krańcowego odmiennego. Wracając do samej propozycji, budzi ona słuszne kontrowersję ponieważ oznacza de facto uznanie rosyjskiej strefy wpływów. Tymczasowo chodzi o Ukrainę, Kaukaz, oraz kraje Azji Środkowej. Rosja domaga się uznania prymatu jej interesów na tych obszarach. A więc koniec z dywersyfikacją, partnerstwem dla demokracji czy kolejną chwytliwie nazwaną fanaberią zachodnich PR-owców.

Cisza Berlina, była bardzo wymowna, premier Berlusconi próbował nawiązać dialog, natomiast ostatnio prezydent Sarkozy zaskoczył chyba wszystkich, łącznie z Karlą Bruni.

Wygląda na to, że istnieje jakaś niepisana umowa pomiędzy prezydentem wszystkich Francuzów oraz prezydentem wszystkich Rosjan z przyległymi  nacjami. Prezydent Sarkozy zdecydował, że odsprzeda Rosjanom okręt desantowy plus kilka innych sztuk uzbrojenia, które poszerzą rosyjskie ultima ratio regum. Tranzakcja wpłynie negatywnie na obecny układ bezpieczeństwa na przestrzeni EŚW, dając znaczącą przewagę Moskwie. Czy można tak samemu, zaraz po tym jak wstąpiło się do NATO sprzedawać broń do kraju, który uważa sojusz za głównego rywala? I to bez szerszej debaty na temat zaproponowanej przez ów kraj umowy dotyczącej zmiany układu sił? Wygląda na to, że można. Prezydent Sarkozy jest żywym, chodzącym przykładem.

W szerszym kontekście zaskakuje również przyzwalające milczenie Berlina. Jeśli dobrze się zastanowić umiarkowana reakcja stanów zjednoczonych sugeruje, że jesteśmy właśnie świadkami wejścia w życie umowy nazwanej roboczo “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim” autorstwa prezydenta Miedwiediewa. Umowa, której nazwa właściwa niedługo powstanie jest oczywiście niepisana, choć spisana została przez zespół doradców rosyjskiego prezydenta.

Prezydent Miedwiediew jest twardym Rosjaninem choć “liberałem”, który w przeciwieństwie do premiera Putina rozumie, że współpraca z zachodem będzie owocna przez co korzystniejsza niż wyniszczające spory. Zachód potrzebuje wyraźnego sygnału, że Rosja z którą współpracuje to Rosja według Miedwiediewa, nie Rosja według Putina. Reakcje kręgu prezydenta wykazują zrozumienie zachodnich obaw, oraz chęć do współpracy a także świadomość, że potencjalnym rywalem Moskwy jest Pekin, nie Zachód. Natomiast gwardia Putina boi się zmian o czym pisze sam prezydent Miedwiediew.

Tymczasem zachodnia prasa już uruchomiła serię stonowanych, melancholijnie – optymistycznych tekstów o trudnej historii i obiecujących perspektywach. Część Europy jest już przekonana, pozostałych będą przekonywać. Powoli i z wyczuciem, aby uniknąć niepotrzebnej paniki. W chwili obecnej piłka jest w rekach Miedwiediewa. To od niego zależy jak potoczy się dalsza gra o europejskie bezpieczeństwo. Pozostaje tylko zapytać: Quo Vadis Россия?

25
sty
10

Odrzucone zaproszenie

Kilka tygodni temu, prezydent Kaczyński wystosował “spóźniony” list do swego rosyjskiego odpowiednika, zapraszając głowę państwa  na 65 rocznice wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau przez Armię Czerwoną. Wcześniej wiele spekulowano na temat symboliki podobnego przedsięwzięcia, pisało na ten temat wielu komentatorów. Część poszła w swej życzeniowej improwizacji nieco dalej – stawiając polską głowę państwa wśród zasłużonych europejczyków (Merkel, Sarkozy, Berlusconi, a wcześniej Chirac, Schroeder) podczas celebrowania majowego zwycięstwa nad faszyzmem, jako widoczny i namacalny symbol poprawy klimatu pomiędzy Warszawą i Moskwą. Znając negatywną odpowiedz prezydenta Miedwiediewa, powstaje pytanie, co spowodowało jego niechęć względem, nierealnej jak się okazało, inicjatywy prezydenta Kaczyńskiego?

Prezydent Rusofob?

Pan prezydent stoi na straży polskiej suwerenność nieprzerwanie od momentu objęcia urzędu prezydenckiego w 2005 roku, choć krytycy twierdzą, że różnie mu to wychodzi. Warto jednak przypomnieć, że nie łatwo jest dbać o interesy kraju, który znajduje się w punkcie przecięcia wpływów dwóch, dyżo większych sąsiadów. Historia jest tego wyraźnym świadectwem. Uczy, że każdy potencjalny sukces Warszawy, oznacza adekwatne zmniejszenie wpływu Moskwy, bądź Berlina.

Niestety w obozie Pisowców ducha kompromisu zastąpiła konfrontacja, niekiedy infantylna, często jednak słuszna (w założeniach), lecz przejaskrawiona i przewartościowana przez nieprzychylne media. Zwolennicy szeroko rozumianego kompromisu, zarzucali prezydentowi działanie przeciw interesom państwa. Zarzut niezwykle poważny, mający sens przede wszystkim w odniesieniu do krytykowanych środków, nie celów.

W kontekście odmowy zaproszenia, warto wziąć pod uwagę zdecydowaną reakcję prezydenta Kaczyńskiego na rosyjską interwencję w Gruzji, zaangażowanie na rzecz poprawy stosunków Ukraińsko – Polskich, oraz sprzeciw wobec rosyjsko niemieckiego projektu Nord Stream. Podobne działania można oczywiście nazwać rusofobią, choć można też inaczej. Jedno jest pewne; wszędzie tam, gdzie prezydent “rusofob ” spróbuje przeciwstawić się odbudowującym się wpływom Moskwy, spotka się z głośnym chórem rusofilów, utwierdzającym słuszność przyczepionej przez media (rosyjskie głównie, lecz nie tylko) etykietki rusofoba.

Czy zatem słusznym pozostaje zarzut, iż odmowa zaproszenia została spowodowana “nieprzychylnością” prezydenta Kaczyńskiego wobec kierownictwa Kremla? Na pewno w dużym stopniu, lecz pewności, że fobia prezydenta Kaczyńskiego zaważyła na “dużo wcześniej” zaplanowanej wizycie prezydenta Autonomii Palestyńskiej w Moskwie w dniach 26-28 stycznia – niema.

Blok nr 14?

Zapewne część z Was pamięta konflikt, którego początki sięgają roku 2003, dotyczący wystawy w bloku nr 14. Kontrowersje i rozbieżności względem wystawy upamiętniającej wyzwolenie obozu Auschwitz przez Armię Czerwoną stały się przysłowiową kością niezgody między Warszawą i Moskwą. Emocje po obydwu stronach wzbudzała część ekspozycji, świadcząca o okupacji Polski przez rosyjską armię tuż po jej głośnym wyzwoleniu. Spór trwa nadal, jednak niedawno rzecznik prasowy obozu oświadczył, iż impas został przełamany, a obecnie są toczone rozmowy na temat ponownego, tym razem kompromisowego otwarcia ekspozycji.

Trudno powiedzieć, czy równolegle z listem (wiele wskazuje, że tak) strona polska zgodziła się na przygotowanie tegorocznej, tymczasowej wystawy przez stronę rosyjską.

Czy kwestia dotycząca kontrowersyjnej wystawy mogła wpłynąć na decyzję prezydenta Miedwiediewa? Jestem przekonany, że ustępstwa zaproponowane przez stronę polska powinny raczej zachęcić Rosjan, niż stanowić uzasadnienie odmowy wzięcia udziału w tegorocznych uroczystościach.

Patrioty?

W ciągu ostatnich miesięcy urzędowania prezydenta Busha Juniora doszło do podpisania przełomowej (z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski) umowy, dotyczącej instalacji elementów amerykańskiej BMD nad Wisłą. Nowy prezydent USA, zadbał jednak o to, aby plany ustępującej ekipy konserwatystów nie wyszły poza ambitną sferę planowania. Spekulowano, że rezygnacja z instalacji oznacza ukłon w stronę Kremla, natomiast ceną za ustępstwa będzie współpraca Moskwy i Waszyngtonu przy rozwiązaniu kwestii ambicji atomowych Iranu.

Moskwa była zadowolona z takiego obrotu rzeczy, humoru nie popsuła jej nawet kolejna deklaracja prezydenta Obamy, dotycząca rozwoju mobilnego systemu BMD, oraz możliwości stacjonowania pewnych jego elementów w Polsce.

W umowie podpisanej jeszcze z poprzednią administracją Białego Domu znalazł się zapis o stacjonowaniu na terytorium Polski baterii rakiet Patriot. Co ciekawe, prezydent Obama nie odstąpił od ustaleń dotyczących samej ich obecności, pewnym zmianom uległa jedynie kwestia instalacji uzbrojonych głowic.

Niedawne ogłoszenie przez ministra Sikorskiego lokalizacji dla baterii wytargowanych patriotów, wywołało wśród Rosjan pewną konsternację. Jako pierwsze podniosły się głosy, że w odpowiedzi na tak zdefiniowane zagrożenie, należy jak najszybciej wzmocnić bałtycką flotę. W tym miejscu zapalczywi wyliczali jakie jednostki są obecnie w produkcji i kiedy zostaną zwodowane.

Po jakimś czasie histeryczne głosy ucichły i nastąpiła całkowita zmiana wcześniejszego stanowiska. Ciekawe z jakiego powodu? Może ktoś w końcu uznał, że setka amerykańskich żołnierzy i jedna (nieuzbrojona!) bateria patriotów, nie są w stanie zagrozić pozycji Rosji w tej części Europy (dla porównania, kiedy rozpoczęto wycofywanie rosyjskiej armii w 1991 roku, w Polsce stacjonowało “jedyne” 53000 żołnierzy).

Czyżby prezydent Miedwiediew nie przyjął zaproszenia prezydenta Kaczyńskiego dlatego, że Amerykanie będą przysyłać do Polski swoich “chłopców” na kilkutygodniowy urlop z baterią niedziałających rakiet? Całkiem możliwe, gdyż podobno chodzi o symboliczną deklarację dalszego zaangażowania USA w regionie.

Gaz?

Rosjanie nie kryją faktu, iż surowce energetyczne stanowią istotny element uprawiania współczesnej polityki. Element istotny tak bardzo, jak bardzo uzależniona od surowców jest zamożna część Starego Kontynentu. Rosyjskie spółki powiązane z samymi szczytami władzy, ogromnym kosztem (z pomocą niemieckich przyjaciół) budują gazociągi okrążające tradycyjne kraje tranzytowe (Białoruś, Polska, Ukraina). Oficjalnie powodem jest niewiarygodność dotychczasowych partnerów, gdyż oni – jak ogólnie wiadomo – używają swej (wzmocnionej tranzytem) pozycji aby zagrozić żywotnym interesom Moskwy.

Ostatnio wiele się mówi na temat problemów z dostawami rosyjskiego gazu dla Polski. Nie jest tajemnicą, że Rosjanie starają się uzyskać jak największą kontrolę nad transportem własnego surowca, a obecne warunki (również pogodowe) są ku temu niezwykle sprzyjające.

Aby zobrazować determinację Rosjan, wystarczy posłużyć się przykładem obecnych negocjacji pomiędzy Gazpromem i PGNiG dotyczących EuRoPol Gazu, oraz dostaw błękitnego paliwa do Polski. Rosjanie, znając słabą pozycję negocjacyjną Warszawy, zażądali radykalnych zmian w sposobie kontrolowania tranzytu surowca, oraz obniżek samych taryf. Opornych z rady nadzorczej EuRoPol Gazu, wobec najnowszego pomysłu negocjatorów(wg pewnych źródeł chodzi m.in. o żądanie anulowania rosyjskiego długu za tranzyt z kilku poprzednich lat), zawieszono z powodu utrudniania osiągnięcia “sensownego” porozumienia. Usunięci pod naciskami panowie, zostali natychmiast zastąpieni odpowiednio przygotowanymi panami z Gazpromu i PGNiG, którzy pod nieobecność kolegów spróbują wypracować rozwiązanie obecnego impasu.

Jednym słowem sprawa przejęcia EuRoPol Gazu nie pachnie zbyt przyjemnie, a wiele wskazuje na to że będzie pachnieć jeszcze brzydziej. Czyżby odmowa spowodowana była “konfrontacyjną” postawą Warszawy podczas przedłużających się negocjacji? Pewności oczywiście nie ma, lecz nie jest to również wykluczone.

Reasumując, wielu Polaków (i nie tylko) liczyło na przyjazd prezydenta Miedwiediewa na tegoroczne 65 obchody rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz- Birkenau. Delegacja najwyższego szczebla odebrałaby rodzimym “rusofobom” ich najskuteczniejszy oręż, a tym, którzy szukają wzajemnego porozumienia dała nadzieje na jaśniejszą przyszłość. Cóż, wygląda na to, że kremlowski duet, wbrew temu co mówi nie stawia na pojednanie, lecz na dalszą konfrontację.

29
lis
09

Podwójne oblicze Kremla

Kryzys gospodarczy, którego początków należy szukać na przyzwyczajonym do rynkowych spekulacji zachodzie, uderzył mocno, bez wyjątku we wszystkie zglobalizowane stolice. Część z poszkodowanych, wpompowując ogromne kwoty w stygnącą gospodarkę, zdołała utrzymać magiczny wskaźnik wzrostu gospodarczego na dodatnim poziomie. W wielu przypadkach wartości dodatnie, mniejsze od pełnego punktu procentowego, były znakomitym powodem do świętowania i dowodzenia wyższości własnego modelu ekonomii nad tymi, którym nie do końca się powiodło. W przypadku Rosji, recesja wywołała ogromne spustoszenie, powodując blisko 10% deficyt. Biorąc pod uwagę przedkryzysowe dochody Moskwy, kiedy baryłka ropy osiągała astronomiczne ceny, a wpływy z tytułu jej sprzedaży gwarantowały stałą nadwyżkę budżetową – sytuacja obecna nie przedstawia się równie optymistycznie. Oczywiście, przekłada się to negatywnie na pozornie jednomyślny krajobraz polityczny Kremla.

Pierwsze lata urzędowania prezydenta Putina skierowane były głównie na sukcesywną  centralizację władzy, która w rękach współczesnego cara Rosji miała stać się narzędziem doskonałym. Jak pokazały kolejne lata panowania, władza została wykorzystana do stworzenia swoistej symbiozy, balansu doskonałego, w którym współczesny władca kreśli każdy scenariusz i pociąga za wszystkie sznurki rosyjskiej sceny politycznej. Dalszymi konsekwencjami rosyjskiego modelu demokracji są aresztowania oligarchów, niewykazujących chęci do szczerych kontaktów z władzą, oraz przejmowanie ich majątku z uwagi na rzekome nieprawidłowości podatkowe. Nowo otworzone spółki wymagały wymiany kadry zarządzającej ze starej na lojalną, dlatego nie jest niespodzianką, że podstawowym kryterium doboru była lojalność właśnie. W niezdrowych proporcjach niestety, co doskonale widać na kilku przykładach większych rosyjskich firm z sektora paliwowego. Kryzys potraktował Rosję bardzo dotkliwie, niektórzy twierdzą nawet, że niezasłużenie okrutnie, ukazał również słabość dokonywanych wówczas przez samego cara, wyborów.

Polityka władcy opierała się w dużej mierze na zaspokajaniu emocjonalnych potrzeb swoich poddanych, upadek ZSRR, chaos lat 90tych, próby z gównokracją, Rosjanie potrzebowali silnego przywódcy, który podniesie ich z kolan i przywróci dumę utraconą w wyniku upadku imperium. Dobry władca to władca surowy ale sprawiedliwy, kocha lecz potrafi mocno po ojcowsku uderzyć, dobry władca broni swych poddanych a z największymi tego świata rozmawia jak równy z równym, nie, jak lepszy od wszystkich, car nowo odrodzonej Rosji.

Zanim jednak nastały niewesołe czasy obecne, prezydent Putin został człowiekiem roku magazynu TIME, spekulowano również, że car być może przedłuży swoją kadencję, a naród będzie mógł dłużej wzrastać w jego ojcowskim uścisku. Zdania na temat przedłużenia kadencji prezydenckiej były wśród społeczeństwa podzielone z kilkuprocentową przewagą przeciwników takiego rozwiązania, tak mówiły sondaże. Grupa deputowanych z obwodu Iwanowskiego postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i poddała głosowaniu w Dumie pomysł wydłużenia kadencji urzędującego prezydenta z 4 do 7lat. Głosowanie zostało odrzucone ponad 300 głosami. Podobno prezydent nic nie wiedział o całej sprawie i twierdził, że podobnym inicjatywom był przeciwny i nie zgadzał się na ewentualne przedłużenie własnej kadencji.

Władca już od dawna wiedział, że władza faktyczna, to nie sztucznie uśmiechnięci dyplomaci w zadymionych salonach, lecz syberyjskie pustkowia zasobne w drogocenne surowce, których globalnie deficytowy charakter i rodzima obfitość, decydują o międzynarodowej pozycji cesarstwa. Władca wiedział też, że zabawy z wydłużaniem kadencji raczej mu zaszkodzą niż przysłużą się słusznej sprawie, dlatego zgodnie z współczesną rosyjską tradycją namaszczenia kolejnego władcy, pojawiły się oficjalne nazwiska potencjalnych następców, celem sprawdzenia reakcji wyborców.

Na kilka miesięcy przed marcowymi wyborami, wypłynęły dwa nazwiska, dwóch urzędujących wicepremierów, spekulowano, że to właśnie oni zmierzą się w wyścigu po fotel prezydencki. Twardogłowy Siergiej Iwanow, minister obrony narodowej powiązany z frakcją siłowików, oraz relatywnie liberalny i mało znany Miedwiediew. Za Iwanowem przemawia doświadczenie, praca w KGB,, blisko 30 lat znajomości z Putinem oraz jak twierdzą znawcy, niewielkie wpływy w obrębie samego klanu, gwarantujące Putinowi utrzymanie pozycji dominującej ustąpieniu z urzędu. Pierwsze niezależne sondaże przeprowadzone przez Centrum Lewady, faworyzując członka klanu Putina, dawały jego konkurentowi niecałe 30% poparcia. Specjaliści tłumaczą sondażowe sukcesy Iwanowa, zaostrzoną już wówczas retoryką wobec zachodu. Ceny surowców temu sprzyjały, a ostre tony względem niektórych zachodnich stolic, doskonale wpisywały się w zapotrzebowanie wyborców. Ludzie, z racji funkcji pełnionej przez Iwanowa kojarzyli wojowniczego kandydata z poligonów, prezentacji nowych broni itp, dlatego jawił się jako kontynuator twardej polityki jeszcze panującego prezydenta Putina. Większość analityków była zdania, że mocne gesty i ostre słowa Iwanowa były jednak elementem pokazowym, obliczonym na stworzenie swoistego magnesu dla głodnych chwały i międzynarodowego szacunku wyborców.

Putin miał twardy orzech do zgryzienia, z jednej strony zaufany, cieszący się sporym poparciem wyborców Iwanow, który mógł potencjalnie zagrozić pozycji przyszłej szarej eminencji Kremla. Z drugiej, liberalny Miedwiediew, którego prognoza politycznej kariery była mało obiecująca, sugerując bezpieczny i bezstresowy charakter pracy przyszłej szarej eminencji. Zaskoczenie, gdy prezydent Putin ogłosił nazwisko pomazańca, było krótkotrwałe, analitycy zgodnie orzekli, że wybór Miedwiediewa był zręcznym posunięciem taktycznym ze strony panującego władcy. Mało znany, o niewielkich wpływach, Dymitry Anatoljewicz postrzegany był jako figurant, kukiełka za sznurki, której pociąga abdykujący car.

Wcześniej nakreślony przez prezydenta Putina plan, nabrał realnych kształtów. Swój człowiek, zasiadając na fotelu prezydenckim, był lojalny, posłuszny, w przeciwieństwie do swego mistrza nie wykazywał równie szerokich ambicji względem władzy, przynajmniej oficjalnie nie wykazywał. Nie próbował też naruszyć z tak wielkim trudem tworzonego przez Putina, balansu sił między poszczególnymi frakcjami Kremla. Władca zadbał o to, by namaszczony następca nie miał bezpośredniego wpływu na resorty siłowe, gdyż tam rządzili lojalni mu ludzie.

Trudno jednoznacznie i precyzyjnie określić datę, kiedy Miedwiediew, mający początkowo niewielkie wpływy, z przyczepioną przez złośliwych komentatorów etykietką marionetki, uznał, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Z pewnością decydującą rolę w procesie zmiany motywacji obecnego prezydenta odegrał kryzys rynków finansowych, nagła, kilkukrotna obniżka cen rosyjskiego importu odbiła się niezdrowo na budżecie federacji, ukazując tragiczną sytuację gospodarczą, maskowaną dotychczas, stałym napływem petrodolarów. Być może, właśnie w tym momencie prezydent uznał, że winy za słabe przygotowanie Rosji do kryzysu nie ponosi wyłącznie Ameryka, lecz także jego poprzednik, który doprowadził do wycofania sporej części zachodniego kapitału, zaniedbując jednocześnie rozwój własnej gospodarki w latach globalnej prosperity.

Zastanawia, jak istotną rolę w dojrzewaniu Miedwiediewa do koncepcji Rosji liberalnej, otwartej na świat, odegrał element ekonomicznej indolencji poprzedniego władcy. Z pewnością był to czynnik istotny dla wywołania samego procesu, jednak nie należy bagatelizować ukrywanych dotąd ambicji Miedwiediewa. Jeśli cofniemy się pamięcią do czasów kiedy obecny premier Putin odgrywał rolę zaufanego i lojalnego względem ustępującego prezydenta Jelcyna, widzimy pewne prawidłowości w ewolucji obydwu pomazańców. Wprawdzie jest jeszcze za wcześnie aby stwierdzić, że Miedwiediew jest równie ambitny i wyrachowany, jak jego mentor, jednak gołym okiem widać różnicę między Miedwiediewem z pierwszych dni prezydentury, a Miedwiediewem obecnym. Kilka dni w honorach i zaszczytach jakie przypadają w udziale głowie państwa, wpływa budująco na własne ego, karmi uśpioną dotąd ambicję, można więc uznać, że motywacja i system wartości Miedwiediewa prezydenta, różni się znacznie od Miedwiediewa jeszcze kandydata.

Jakiś czas temu, pojawiły się plotki na temat zmian kadrowych na najwyższych stanowiskach federacji.  Spekulowano między innymi na temat dymisji lojalnego wobec Putina, ministra spraw zagranicznych Ławrowa, jednak pierwszym ewidentnym znakiem odmienności poglądów Miedwiediewa, był artykuł „naprzód Rosjo!” w którym prezydent nakreślił wytyczne, którymi Rosjanie powinni się kierować aby modernizacja Rosji przestała być jedynie kolejnym z pobożnym życzeń społeczeństwa i kolejnych władców, lecz stała się celem osiągalnym w ciągu najbliższych dekad. Prezydent w tekście piętnował korupcję, zwracał uwagę na palącą potrzebę liberalizacji gospodarki, wreszcie krytykował małą przejrzystość procesów politycznych, sugerując liberalizacje również tej sfery. Wyraźnie zaznaczył jednak, że Rosji nie jest potrzebna rewolucja, że zmiany powinny przebiegać stopniowo, ewolucyjnie, aby uniknąć kolejnych lat szkodliwego dla rozwoju państwa chaosu, który w latach 90 doprowadził do ryzyka całkowitego jego rozpadu.

Znamienne są słowa zawarte w artykule, prezydent pisze, że na drodze do modernizacji państwa stoją pewne kręgi, które „nie starają się stworzyć niczego nowego, nie chcą rozwoju i boją się go..”. Nasuwa się refleksja, czy prezydent wspominając o pewnych kręgach miał na myśli stworzony przez Putina system, w którym władzę dzierżą ludzie kontrolowani bezpośrednio przez obecnego premiera? Być może Miedwiediew, publikując „Naprzód Rosjo!” postanowił , że użyje tekstu jako narzędzia pomiaru nastrojów społecznych względem własnej osoby, oraz względem wizji Rosji ze swych ambitnych planów. Pomiar nie wypadł zbyt obiecująco.

Od pierwszych dni kadencji Miedwiediewa minęło ponad półtora roku i wiele się w tym czasie zmieniło. Młody następca, ponad wszelką wątpliwość, okazał się człowiekiem zdolnym unieść niełatwy ciężar prezydentury. Nowy władca zdołał też zgromadzić całkiem sporą i wpływową grupę lojalnych zauszników. Być może nadeszły czasy, kiedy władca pozorny, kukiełka szarej eminencji cicho przygotowuje się do sięgnięcia po władzę faktyczną, próbując przejąć kontrolę nad balansowaniem frakcji w obrębie Kremla?

Gdyby spekulacje okazały się prawdą, a ambitny plan Miedwiediewa odniósł sukces, krajobraz polityczny Kremla z pewnością uległ by radykalnej zmianie. Pewności, że prezydent pozostałby równie liberalny w momencie uzyskania kontroli nad resortami siłowymi, jednak nie ma. Nie ma również pewności, że obecne pragnienie zmian politycznych nie jest jedynie tymczasowym posunięciem, tracącym rację bytu natychmiast po osiągnięciu prezydenckich celów. A co jeśli liberalne szaty Miedwiediewa skroił nie kto inny, jak szara eminencja we własnej osobie po to, aby przywitać z powrotem z wielkim hukiem wyrzucony kapitał zachodnich kolegów, gdyż płynność finansowa rosyjskich gigantów rynku została zdradziecko zaburzona? Czyżby, kryzys wymógł zmianę twardej retoryki, lecz godność i duma nie pozwalały tego wyartykułować osobiście?

Europa z pewnością po cichu sprzyja liberalnemu Miedwiediewowi. Bruksela obawia się jednak czarnego scenariusza, więc europejczycy pozostaną bierni wobec samego procesu ewentualnych zmian zachodzących na Kremlu. Ostatecznym Zwycięzcą mógłby zostać przeciwnik naszego faworyta, a w takim scenariuszu sucha dyplomacja z pewnością by zawiodła. Czas pokaże jak potoczy się dalej dramat, którego scenariusza nie znają w pełni biorący w nim udział aktorzy. Kreml pokazuje nam wyraźnie, że ma dwa odmienne oblicza. Jedno z nich znamy już dobrze, mieliśmy czas właściwie je ocenić, wiemy też do czego jest zdolne. Drugie natomiast jest nam mniej znane, lecz wykazujące zdecydowaną chęć współpracy. Europa i Rosja potrzebują współpracy.

Tymczasem świat w milczeniu oczekuje na kolejne akty kremlowskiego dramatu.

Dla baardzo wytrwałych, materiał telewizji Russia Today przypominający inaugurację  panowania obecnego prezydenta Miedwiediewa.  Pełna wersja. ;)

18
paź
09

Ach, te wizyty..

putin wen jinbao

Kilka dni temu, byliśmy świadkami wizyty premiera Federacji Rosyjskiej, Władymira Putina, w Państwie Środka. Oficjalnie, wizyta miała przyczynić się do umocnienia bilateralnych relacji na linii Moskwa – Pekin, jednak  mniej oficjalnie obie strony dyskutowały zapewne nad problemem irańskiego atomu. W wyniku fiaska rozmów na spotkaniu g5+1 + Iran w Genewie, oba mocarstwa dyskutowały zapewne, nie w jaki sposób zastosować sankcje względem Iranu, lecz prawdopodobnie, jak nagiąć twarde stanowisko USA, do swych własnych interesów.

Współpraca azjatyckich gigantów, czyli i Rosji i Chin, ostatnimi czasy układa się nadzwyczaj dobrze. Czynnikiem cementującym strategiczną przyjaźń, są w tym przypadku niewątpliwie więzi gospodarcze. W dobie kryzysu, Moskwa szuka w chinach nie tylko gwaranta jej politycznych ambicji, lecz przede wszystkim, zastrzyku gotówki w postaci inwestycji Państwa Środka w rosyjską gospodarkę. Rozwijający się w błyskawicznym tempie, chiński olbrzym stara się zabezpieczyć dla siebie jak największą ilość źródeł, względnie tanich, surowców. Zbieżność interesów w kwestiach ekonomicznych, przekłada się na stabilny szkielet udanych relacji politycznych. Oczywiście w relacjach tych, istnieje jeszcze jeden, lecz bardzo istotny element, który determinuje strategiczne partnerstwo Moskwy i Pekinu. Elementem tym, są oczywiście Stany Zjednoczone, których interesy krzyżują się, bądź też wzajemnie wykluczają z rosyjsko-chińskimi.

Podróż premiera Putina do największego sąsiada Rosji, przyniosła jak najbardziej wymierne korzyści. W trakcie spotkania chińskich biznesmenów z towarzyszącymi Premierowi, przedstawicielami rosyjskiego świata biznesu, doszło do podpisania kilku, bardzo istotnych kontraktów, łącznie na kwotę 3.5 miliarda dolarów. Zawarto również umowę ramową, dotyczącą sprzedaży oraz dostaw syberyjskiego gazu do Państwa Środka. Początek dostaw rosyjskiego surowca planowany jest na rok 2015. Obok umów dotyczących gazu, dwa giganty rynku paliwowego, rosyjski Rosnieft oraz chińskie CNPC, podjęły wspólny projekt budowy rafinerii, która zlokalizowana niedaleko od Pekinu, będzie w stanie przerobić rocznie prawie 110 mln baryłek ropy. Pozostałe kontrakty, zawarte podczas wizyty rosyjskiego premiera dotyczą m.in. inwestycji w infrastrukturę drogową, kolejową, budownictwo oraz projekty związane z bardziej efektywnym wykorzystaniem energii.

W trakcie wystąpienia na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy, premier Putin powiedział, że “energia tradycyjnie zajmuje kluczową pozycję na globalnej agendzie, co skłania mnie aby przypomnieć o rosyjskiej propozycji stworzenia pewnego mechanizmu dla rozmów na tym problemem w ramach SOW”. Czyżby premier Putin starał się przemycić w ramy SOW idee, o której Moskwa już niejednokrotnie wspominała? Mowa oczywiście o rosyjskiej propozycji, dotyczącej utworzenia kartelu gazowego na wzór OPEC w celu “regulacji” światowych cen tego surowca, tak aby cena pozostawała na wysokim, “nieszkodliwym” dla producentów poziomie. Problem w tym, że Pekin nie jest zainteresowany podobnym przedsięwzięciem. Przyczyną tego jest fakt, że Chiny nie należą do szacownego grona producentów gazu, lecz pozostają głównie jego konsumentem. W poczet państw należących do SOW wchodzą wprawdzie, kraje takie jak Kazachstan, którego rezerwy gazu określane są jako jedne z największych na świecie, oraz pomniejsi producenci gazu, jednak powodzenie podobnej inicjatywy zależy w decydującym stopniu od rządu w Pekinie.

Kwestią pominiętą w oficjalnych rozmowach, lecz zapewne poruszoną na spotkaniach przy zamkniętych drzwiach z chińskimi oficjelami, był z całą pewnością problem irańskiego atomu. Rozmawiano zapewne o tym jak ten problem rozwiązać, a właściwie jak rozwiązać problem USA i Izraela, czyli państw, które pragną powstrzymać lub ograniczyć atomowe ambicje Teheranu. Na temat podobnych spotkań, jak również ich hipotetycznego przebiegu, możemy jedynie spekulować, jednak za pewne możemy przyjąć fakt, iż Moskwa i Pekin jak najdalsze są od ułatwiania życia Stanom Zjednoczonym. Z pewności nie bez uczciwej wymiany na zasadzie coś za coś, targując się przy tym ostro, gdyż takie są reguły tej gry.

Stany, z różnych powodów znalazły się w sytuacji, gdzie Waszyngton daleki jest już od podejmowanych na własna rękę awanturniczych inicjatyw. W zaistniałej sytuacji, grzechem ze strony Moskwy i Pekinu, byłoby nie poświęcenie, jak (nie)donoszą gazety, czasu w celu wypracowania wspólnego stanowiska tak, aby wzmocnić siłę własnych argumentów podczas kolejnej rundy rozmów.

W czasie, kiedy premier Putin poszerzał i utrwalał rosyjsko chińskie stosunki, Amerykańska sekretarz stanu, pani Hilary Clinton, przybyła z dwudniową wizytą do Moskwy. Tematem przewodnim wizyty była, zapewne, również zakulisowa dyskusja na temat irańskiego atomu, natomiast na szczeblu oficjalnym , szeroko komentowanym w rosyjskiej prasie, poruszona została kwestia strategicznego partnerstwa Moskwy i Waszyngtonu.

Za nieco zaskakujące, można uznać końcowe stanowisko strony amerykańskiej, które w wyniku dwustronnych, rosyjsko-amerykańskich negocjacji, uległo diametralnej zmianie. W wyniku rozmów, Hillary Clinton powiedziała, że na sankcje wymierzone w Iran jest w chwili obecnej za “wcześnie“. Rosyjski minister spraw zagranicznych, pan Siergiej Ławrow, wtórował jej twierdząc, że “Rosja jest z zasady powściągliwa względem sankcji dlatego, że te, „rzadko przynoszą efekty”. Zapomniał natomiast dodać, że całkiem nieźle sprawdzają się one np wobec zbuntowanej Gruzji. Mogą również zaskoczyć słowa pani Clinton, która powiedziała, że Rosja była “nadzwyczaj pomocna” w działaniach jakie do tej pory podjęto względem Iranu.

Biorąc pod uwagę poufny charakter rozmów, zapewne ciężko będzie sprecyzować na czym owa pomoc Moskwy ma, bądź miała, polegać. Czyżby Kreml znał, szerzej nie znane fakty, dotyczące nieodkrytego przez wywiad USA wątku? Część analityków jest zdania, że podobne zachowanie Waszyngtonu jest spowodowane tym, że znalazł się on w sytuacji, kiedy powodzenie podejmowanych przez niego akcji zależy d w dużym stopniu od dobrej woli Moskwy. Zapewne stąd niespodziewana zmiana amerykańskiego stanowiska, w myśl zasady, że kiedy rzeczy idą nie po twojej myśli, a nie masz na to żadnego wpływu, udawaj, że tego właśnie oczekiwałeś i takie były twoje założenia, aby nie eksponować swoich słabości.

Czyżby izraelska lista, na której znajdowały się nazwiska rosyjskich naukowców zaangażowanych w prace nad bombą atomową w Iranie okazała się nieprawdziwa? Gazeta, która opublikowała newsa na ten temat, jak mówią specjaliści, jest znana z korzystania wyłącznie ze sprawdzonych źródeł. Fakt, iż publikacja na temat tej listy została usunięta z internetowego archiwum brytyjskiej gazety jest z całą pewnością niepokojący. Czyżby źródło okazało się niewiarygodne? Zapewne tak, natomiast innym wytłumaczeniem może być, czysto hipotetyczna, próba prowokacji ze strony Izraela, mającej na celu zdobycie międzynarodowego kredytu zaufania dla słuszności swej wizji, zagrożenia Iranem, oraz próba dyskredytacji Moskwy w oczach społeczności międzynarodowej. Biorąc pod uwagę obecne stanowisko Rosji względem Iranu, pomijając aspekt geopolityczny, Kreml jawi się jako wyważony rozjemca, orędownik umiarkowanego kursu, przeciwnik przemocy, nawet tej ekonomicznej i obrońca uciskanego państwa ajatollahów. Zakładając, że Izraelski przeciek został sfabrykowany, można jedynie spekulować przez kogo i w jakim celu.

W cieniu tych dwóch wizyt, odbyła się jeszcze jedna, na pozór nie związana z problemem irańskim. Kilka dni temu, na stronach polskiego MSZ, można był przeczytać o planowanej wizycie izraelskiego premiera w Warszawie. Nieco później okazało się, że Warszawę odwiedził jednak wicepremier i minister obrony narodowej Izraela, pan Ehud Barak. Na oficjalnej stronie polskiego MSZ znajdziemy informację na temat tego, że wicepremier Barak przybył na zaproszenie ministra Sikorskiego, jednak część znawców jest zdania, że wizyta była inicjatywą izraelską, natomiast motorem działania Tel-Awiwu była próba demonstracji wobec Moskwy faktu, iż Izrael może zaszkodzić Rosji w obrębie jej bliskiej zagranicy, angażując się we współpracę wojskową z Warszawą.

Czyżby Warszawa stała u progu szansy na faktyczną modernizację swojej armii, za pomocą izraelskiego przemysłu zbrojeniowego? Czas pokaże, natomiast czy teoria ta okaże się prawdziwa, zależeć będzie od Moskwy i tego jak ta, zachowa się w kwestii dozbrajania Iranu. Jedno natomiast jest pewne ponad wszelką wątpliwość, Kreml jak najdalszy jest od przyczynienia się do realizacji wizji silnej, dobrze uzbrojonej polskiej armii. Wobec tego nasuwa się pytanie, czy ważniejszy dla Rosji jest potrafiący się obronić przed potencjalnym atakiem Iran, czy raczej słaba, niewystarczająco zmilitaryzowana Polska.

Wygląda na to, że kwestia atomowych ambicji Iranu będzie punktem zwrotnym w sposobie, w jaki Ameryka do tej pory prowadziła swą politykę zagraniczną. Nie chodzi tutaj o wdrażaną przez Biały Dom, pokojową wizję świata prezydenta Obamy, lecz o fakt, że dostosował on jedynie, realia polityki zagranicznej Stanów do ich faktycznych, tymczasowo obniżonych, możliwości. Uwikłanie Waszyngtonu w kryzys wokół Irańskiego programu atomowego oznacza zmniejszenie uwagi USA w innych regionach świata. Przekłada się to na adekwatny wzrost aktywności, sił dotąd uśpionych, które wysyłają jasny sygnał dla Ameryki mówiący, że skończyły się czasy jednostronnie sankcjonowanych misji, na odległych zakątkach naszego globu, a kryzys irański jest tego doskonałym świadectwem.

Dla wytrwałych, kilkuczęściowy materiał (oto link do reszty, gdyby nie wyświetliła się opcja wyboru kolejnych), poruszający problemy dotyczące kryzysu irańskiego z nieco innej perspektywy, niż prezentowana na co dzień przez poprawne politycznie media. Polecam.

07
paź
09

Irańska ruletka

irańska ruletka copy

Ostatnimi czasy, mieliśmy przyjemność oglądać zmagania największych, mające na celu uregulowanie problemu irańskiego atomu. Byliśmy też świadkami, próby podjętej przez prezydenta Obamę, która polegała na użyciu wobec Rosji, jakże popularnej metody kija i marchewki . Ekipa prezydenta Busha juniora, najczęściej używała kija, efektem czego nastąpiło znaczące pogorszenie relacji na linii Waszyngton – Moskwa.

Nowa administracja Białego Domu postanowiła sięgnąć po marchewkę, w postaci rezygnacji z planów rozmieszczenia elementów BMD (balistic missle defence) w Polsce i Republice Czeskiej. Pomijając kontrowersje na temat, zweryfikowanej przez demokratów, rzekomej nieskuteczności owego systemu, był to ewidentny ukłon w stronę Moskwy. Coś w rodzaju zachęty do porzucenia wzajemnych animozji, oraz zaproszenia do wspólnego rozwiązywania aktualnych problemów. Jak przystało na poważnego gracza, Moskwa ofertę przyjęła z umiarkowaną radością, nie obiecując nic wymiernego w zamian. Waszyngton natomiast spodziewał się bardziej entuzjastycznej, przekładającej się na namacalne korzyści reakcji.

Na temat tego czy decyzja Obamy była decyzją polityczną, podyktowaną chęcią przypodobania się Moskwie w celu umożliwienia przez Kreml realizacji amerykańskich planów względem Iranu, pisało już wielu komentatorów. Oczywiście zdania na ten temat, były i nadal są podzielone. Oficjalna wersja, przedstawiana przez prezydenta Obamę, jest taka, że na decyzję prezydenta miał wpływ jedynie raport na temat zweryfikowanej skuteczności stacjonarnego systemu BMD.

Najbliżsi odpowiedzi na pytanie, jak oficjalna wersja ma się do skompilowanej rzeczywistości, będą za kilka dekad historycy.

Z jednej strony, mając ograniczony dostęp do poufnych danych, możemy jedynie spekulować na temat tego jaką rolę w decyzji prezydenta Obamy odegrał czynnik moskiewski. Z drugiej natomiast doskonale wiemy, że USA znalazły się w sytuacji, w której dobra wola Moskwy jest elementem decydującym o powodzeniu planów Waszyngtonu.

Biorąc pod uwagę tę prostą zależność możemy dojść do wniosku, że wycofanie Waszyngtonu z planów instalacji BMD w Europie Wschodniej było znakiem zachęty dla decydentów Kremla.

Nie bez znaczenia jest również data, jaką prezydent Obama wybrał aby poinformować swych europejskich sojuszników o nieoczekiwanej zmianie planów. Niefortunny, 17-ty września ma dwa wytłumaczenia. Pierwszym z nich to zwykła pomyłka, niedoinformowanie lub pewne braki w zasobach wiedzy, wśród amerykańskich specjalistów od Europy Wschodniej. Drugim wytłumaczeniem, ktoś może zarzucić, że nazbyt ekstremalnym, jest celowy wybór tej daty przez administrację Białego Domu. W razie gdyby Kreml uznał samą rezygnację z planów rozmieszczenia BMD w Europie, jako niewystarczający, nie gwarantujący dobrej woli USA gest.

Jeśli przyjmiemy, że decyzja prezydenta Obamy była w pewnym stopniu podyktowana, niezłomnym stanowiskiem Kremla w kwestii Irańskiego programu atomowego, to z punktu widzenia amerykańskiej racji stanu, była to decyzja słuszna. Obecne zaangażowanie wojsk USA w Iraku i Afganistanie, oraz problemy logistyczne w przypadku Afganistanu a także zależność w wielu kwestiach od Moskwy, skutecznie studzą zapał do konfrontacji, wśród najbardziej nawet krewkich spośród amerykańskich polityków.

Pan Fareed Zakaria w swej książce pod tytułem The Post-American World, porównuje obecną sytuację USA do sytuacji w jakiej znalazła się Wielka Brytania u schyłku świetności imperium. Podobnie jak wówczas Londyn, obecnie Waszyngton zaangażował się w konflikty, które ukazują jego niespodziewaną słabość. Słabość, która jak drobne ślady pęknięć na dotychczas solidnym naczyniu, oznaczają początek końca tego naczynia. Oczywiście, nie końca Ameryki a jedynie pewnego okresu we dziejach ludzkości, którego cechą charakterystyczną była globalna dominacja Stanów Zjednoczonych.

Wracając do tematu, miejscem, w którym należało spodziewać się reakcji Moskwy na hipotetyczne ustępstwa Waszyngtonu, były rozmowy , które odbyły się 1-go października w Genewie. W trakcie spotkania przedstawicieli szóstki możnych tego globu, z irańskimi negocjatorami, nie doszło do żadnego przełomu, tym bardziej konsensusu. Prasa uzyskała i przekazała niewiele informacji, co samo w sobie można uznać za wielce wymowne. Gdyby wypracowano niewielkie nawet, sukcesy, można by je nieco podkolorować, co zadowoliłoby mniej wnikliwych. Tymczasem, jedynym sukcesem jaki udało się osiągnąć i zakomunikować, była zgoda Teheranu na kolejne, zapewne również bezowocne spotkanie.

W jaki sposób przebiegały genewskie rozmowy i która ze stron przyczyniła się do braku rozsądnego porozumienia względem irańskiego atomu, możemy jedynie spekulować.

Generalnie, szóstkę można całkiem łatwo podzielić, według ich intencji względem Teheranu. Pierwszą grupę stanowią państwa, w których interesie leży powstrzymanie atomowych ambicji Iranu, nawet za pomocą sankcji czy w ostateczności, zbrojnej interwencji. Druga grupa, to państwa ostrożnie podchodzące do ekonomicznej przemocy, bo ta godziłoby w ich interesy.

Do grupy pierwszej z całą pewnością można zaliczyć USA oraz Wielką Brytanię. W przypadku Francji i Niemiec sprawa przedstawia się nieco inaczej. Dzieje się tak, z uwagi na zaangażowanie niemieckich i francuskich firm w irańską gospodarkę. Korporacje, należące do europejskiego tandemu, dostarczają Iranowi m.in. maszyn i samochodów, budują elektrownie i drogi, modernizują i rozbudowują sieci przesyłu energii a koncern spożywczy Hochland, buduje w Iranie własne mleczarnie w celu uruchomienia produkcji serów.

Pomijając stanowisko Rosji, która również inwestuje w Iranie, a także Chin, dokonujących zakupów irańskich surowców,  może to właśnie interesy Niemiec, być może w mniejszym stopniu Francji, zaważyły o braku porozumienia względem nowych sankcji?

W dobie dzisiejszego kryzysu, zerwanie więzów gospodarczych z partnerem, który wtłacza w budżet państwa brakujące euro, wydaje się posunięciem nieracjonalnym.

Wracając do elementu rosyjskiego w irańskiej układance, wygląda na to, że Moskwa nie chwyciła, hipotetycznego haczyka i nie dała się przekonać amerykańskim namowom, skierowanym przeciwko gospodarce Iranu. Na decyzje Kremla wpłynął zapewne Pekin, któremu amerykański pomysł sankcji jest zupełnie nie na rękę. Nie należy bagatelizować również, irańskiego zaangażowania kontynentalnej dwójki, czyli Niemiec i Francji.

Dlaczego Moskwa nie chwyciła wspomnianego haczyka? Powód jest prosty: Rosja, jako producent gazu i ropy jest zainteresowana utrzymaniem jak najwyższego kursu sprzedaży tych surowców. W dużym uproszczeniu, im więcej źródeł ropy i gazu na rynku, tym mniej te surowce kosztują. Przeciągający się konflikt wokół państwa Ajatollahów sprawia, że irańskie surowce nie docierają na globalny rynek, co automatycznie gwarantuje wyższe ceny rosyjskiego eksportu.

Miałby rację, ten kto powie, że przecież Moskwa powinna w takim razie zgodzić się na proponowane przez USA sankcje, bo przecież gwarantowały by jej to, o co zabiega, czyli rosnące ceny surowców.

Decydenci Kremla myślą jednak nieco szerzej. Zgoda na sankcje gwarantowałaby wprawdzie wyższe ceny za rosyjskie surowce, jednak nie byłby to efekt trwały lecz tymczasowy. Ewentualne sankcje, w skutkach długoterminowych, wiązałyby się z bardzo prawdopodobną zmianą u sterów w Teheranie. Z cała pewnością na drodze rewolucji, jednak tym razem zdecydowanie antyradykalnej.

Ostatnie wybory prezydenckie w Iranie, dały nam świadectwo istnienia, masowego oporu przeciw Ahmadineżadowi oraz twardogłowym radykałom z jego otoczenia. Ponadto, demonstranci skandowali antyrosyjskie hasła. Wzbudza to uzasadniony niepokój Kremla dlatego, że ewentualna utrata Teheranu, wpłynie negatywnie na wielkomocarstwowe ambicje Moskwy. Być może  zupełnie je przekreśli.

Gdyby Moskwa zgodziła się na niekorzystne dla niej sankcje a tym samym ziściła pre-resetowe marzenia Obamy, utraciłaby tym samym, kruchą sympatię Teheranu. Bez przychylnego Teheranu, kto zajmie część uwagi amerykańskiego molocha, kiedy Rosja zajęta będzie budowaniem nowego ładu bezpieczeństwa w Europie? Albo, kiedy upomni się o swoje, bo leżące na przedłużeniu grzbietu Łomonosowa, surowce Arktyki?

Celowo nie wspomniałem o ewentualnej interwencji zbrojnej, dlaczego? Wygląda na to, że jeżeli mocarstwa nie są w stanie osiągnąć porozumienia względem sankcji a USA ich przeforsować, ryzyko konfliktu, a właściwie ryzyko zgodnego przyzwolenia na interwencje jest minimalne. Choć nie jest też wykluczone. Należy jednak pamiętać, że zasoby Waszyngtonu są obecnie w dużym stopniu zaangażowanie w Iraku i Afganistanie, a ewentualna interwencja bez jednomyślnej zgody szóstki, wiązałaby się z adekwatną reakcją Moskwy i Pekinu.

Część analityków jest zdania, że Moskwa celowo utrzymuje obecną sytuację wokół Iranu po to, aby zaangażować USA w konflikt (niekoniecznie zbrojny), który zmusi je do skupienia swej uwagi oraz poświęcenia niemałych zasobów w celu neutralizowania zagrożenia płynącego ze strony Teheranu.

Ci, bardziej radykalni mówią, że Kreml potajemnie wysyła swoich specjalistów od broni jądrowej do Iranu , aby ci pomogli skonstruować pierwsze głowice nuklearne. Podobno, ostatnia wizyta premiera Netanjahu w Moskwie, została złożona w celu dokonania wyjaśnień względem rzekomych tego dowodów, przedstawionych przez izraelski wywiad. Oczywiście, Kreml zgodnie odpowiada, że to nieprawda.

Spekulacje, spekulacjami, jednak faktem jest, że do porozumienia na szczycie G5+1+IRAN, nie doszło.    Być może dlatego prezydent Obama wysyła wiceprezydenta Bidena do Warszawy i Pragi. Po to aby ten zapowiedział, że w Polsce i Czechach zostaną jednak usytuowane pewne, bliżej niesprecyzowane elementy nowego BMD. Ktoś wspomniał również o potrzebie rozpoczęcia procesu ratyfikacji umowy, zawartej jeszcze za ekipy prezydenta Busha, w której mowa m.in o stacjonowaniu amerykańskich żołnierzy na polskiej i czeskiej ziemi.

Ostatnio, wiele mówi się na temat gasnącej potęgi Stanów Zjednoczonych. Geopolitycy przewidują, że kwestią zaledwie kilku dekad, jest przesunięcie środka ciężkości naszego globu na wschód, w kierunku Azji.

Jak potoczy się gra, w której główną wygraną jest godny pozazdroszczenia, decydujący wpływ, jaki zwycięzca będzie miał na przyszłe losy naszego globu? Na podobnie zadane pytanie, trudno jest dziś jednoznacznie odpowiedzieć. Możemy jednak próbować zrozumieć pewne mechanizmy i zależności, które są nieodłącznymi elementami współczesnych, geopolitycznych szachów.

Żyjemy w świecie, w którym odzywają się uśpione nacjonalizmy, duma narodowa oraz mocarstwowe ambicje budzących się z długiego letargu dawno-minionych potęg, zaczynają agresywnie upominać się o swój kawałek globalnego tortu. Stany Zjednoczone, podobnie jak wcześniej Imperium Brytyjskie, poszło o dwie wojny za daleko. Natomiast, reszta spostrzegła, że nie taki diabeł straszny, jak go malują..

Dla wytrwałych,  krótki wywiad telewizji BBC z Fareedem Zakaria, autorem książki The Post American World.

19
wrz
09

Tarczy Niet!

obama-change

Stało się. Nadzieje zwolenników instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej właśnie zostały pogrzebane. Przeciwnicy projektu mogą natomiast z radosnym sercem świętować. Przedwczoraj, czyli w 70 tą rocznicę agresji sowieckiej na II Rzeczpospolitą, szefowie rządów Polski i Czech zostali poinformowani o wycofaniu się Waszyngtonu z umowy, którą podpisano pod koniec ostatniej kadencji prezydenta Busha juniora. Czy obecna głowa państwa – prezydent Barack Obama, rezygnując z wcześniejszych ustaleń kierował się krytycznymi uwagami na temat skuteczności samego projektu? Czy raczej krok ten jest ukłonem w stronę Federacji Rosyjskiej, w ramach niepisanego porozumienia w kwestii Irańskiej? Być może odpowiedzią będzie rola jaką Moskwa odegra w procesie regulowania problemu irańskiego. Jedno jest pewne, decydenci Kremla mogą sobie nawzajem pogratulować dobrze wykonanej roboty.

Oczekiwanie/Niepewność

Właściwie już po objęciu fotela prezydenckiego przez Baracka Obamę, projekt instalacji elementów BMD (Balistic Missle Defence) stanął pod wielkim znakiem zapytania. Świeżo upieczony prezydent dał jasno do zrozumienia, że wątpi w rzekomo potwierdzoną testami, skuteczność owego systemu. Część komentatorów twierdzi, że opinia Obamy była w mniejszym stopniu podyktowana oceną skuteczności, raczej wynikiem dwustronnych porozumień pomiędzy Waszyngtonem i Moskwą w ramach resetowania bilateralnych stosunków.

Entuzjaści projektu, z drżącym sercem oczekiwali jednoznacznych, pozytywnych deklaracji i słuchali coraz to nowych przecieków napływających zarówno z USA jak i Rosji. Spekulowano na temat możliwych ustępstw Moskwy w kwestiach istotnych dla USA w zamian za porzucenie planów instalacji tarczy. Sceptycy natomiast radowali się, kiedy przecieki wskazywały na chęć porzucenia projektu przez nową administrację Obamy.

Sama instalacja nie wpłynęłaby bezpośrednio na potencjał obronny Polski dlatego, że przeznaczeniem systemu było przechwytywanie rakiet długiego zasięgu, skierowanych przeciwko USA. Natomiast w razie konfliktu angażującego tarczę, obecność instalacji na terenie Polski mogła być potencjalnie groźna dla niej samej. Jednym słowem, gdyby elementy BMD powstały w Polsce, ta znalazła by się na samym szczycie wrogiej listy priorytetowych celów. O co więc chodziło polskim politykom, kiedy decydowali się na podpisanie umowy z Waszyngtonem?

Z całą pewnością nie o samą budowę tarczy, która właściwie nie dałaby Polsce żadnych wymiernych korzyści. Chodziło o coś zupełnie innego. Mianowicie o gwarancję zaangażowania USA w szeroko pojmowaną, ewentualną obronę polskiej suwerenności. Dlatego, że hipotetyczna agresja na Polskę wiązałaby się z automatycznym atakiem na żołnierzy amerykańskich stacjonujących na jej terytorium. W skrócie chodziło o coś w rodzaju poszerzenia gwarancji zawartych w artykule 5 traktatu Waszyngtońskiego, na którym opiera się strategia obronna NATO.

Katastrofa/Wybawienie

W dniu 17 września, rządy Polski i Czech zostały poinformowanie o wycofaniu się amerykańskiej administracji, z umowy którą z wielkim trudem udało się wynegocjować pod koniec kadencji republikańskiego prezydenta Busha. Z całą pewnością jest to dzień żałoby dla entuzjastów instalacji BMD na terenie Polski. Przeciwnicy natomiast powinni się szczerze radować bo oto nastał dzień, kiedy w końcu, imperialistyczna Ameryka zadecydowała o zmniejszeniu swego zaangażowania w regionie. Oczywiście jest to powód do radości również wśród kręgu moskiewskich polityków. Prawdopodobnie również dla Niemiec, które wspólnie z Rosją pragną stworzenia nowej architektury bezpieczeństwa na starym kontynencie.

Dzień 17 września 2009 jest dla polaków datą szczególną. Szczególną dlatego, że równo 70 lat temu, w czasie gdy Polska próbowała zatrzymać hitlerowską machinę wojenną, została w niespodziewany i haniebny sposób zaatakowana przez sowietów. Wobec niefortunnego zbiegu okoliczności, czyli wyboru, przez prezydenta Obamę, tego właśnie dnia na poinformowanie swych polskich i czeskich sojuszników o zerwaniu umowy – należy zadać sobie pytanie czy było to działanie celowe? Prezydent Kaczyński sugeruje, że tak. Podejrzewam, że prezydent prywatnie przekonany jest, iż Obama zdecydował się na ten właśnie dzień, na wyraźne żądanie Moskwy. A poważniej, nie sądzę aby Waszyngton celowo wybrał tą datę, chociaż jak to mówią – wszystko jest możliwe.

Czy decyzja amerykańskiej administracji wynika z krytycznego podejścia do wątpliwej skuteczności stacjonarnego systemu BMD? Być może, na pewno w jakimś stopniu.
Problem w tym, że wiele czynników wskazuje na zupełnie inną opcję. Oczywiście mowa tu o roli jaką Moskwa może i powinna odegrać, w procesie rozwiązywania kryzysu wokół programu atomowego Iranu. Zgadzam się z opinią redaktora Wołejko, który twierdzi, iż Moskwa w relacjach z Teheranem nie ma rzeczywistego wpływu na ten ostatni. Ale w wachlarzu możliwości kremla jest choćby zgoda na proponowane przez zachód sankcje. Osobiście, nie jestem bezkrytycznym zwolennikiem sankcji, jednak w pewnych okolicznościach są one po prostu niezastąpione. Szczególnie gdy alternatywą jest konflikt zbrojny o nieprzewidywalnym wpływie na globalny system bezpieczeństwa.

Jeżeli Waszyngton nadal nie wyklucza żadnej opcji, to w mocy Kremla jest również umożliwienie realizacji izraelskich planów ataku na instalacje nuklearne w kraju ajatollahów. Pewne źródła donoszą, że przy budowie elektrowni atomowej w Buszerze pracuje wielu rosyjskich inżynierów i specjalistów, dlatego niespodziewany atak na te instalacje oznaczałby dla agresora spore kłopoty. Być może właśnie z tego powody, premier Izraela Benjamin Netanjahu odbył ostatnią „półoficjalną” wizytę do Moskwy. Podejrzewam, że nawet gdyby prezydent Obama wstrzymał się z agresją – Izrael sam świetnie by sobie poradził. Oczywiście niezbędne jest zielone światło ze strony Moskwy i gwarancje, że Rosja nie dostarczy, obiecanych Teheranowi, systemów obrony przeciwlotniczej przed ewentualnym atakiem.

Czy prezydent Obama, podejmując ostateczną decyzję względem instalacji BMD w Polsce i Czech, kierował się najnowszymi testami jej skuteczności? Prawdopodobnie tak, pytanie tylko w jakim stopniu. Wprawdzie nie przekonują mnie „najnowsze”, zrewidowane prze z administrację Obamy testy, jednak w pewien sposób przemawia do mnie decyzja o rozwoju mobilnego systemu BMD, którego podstawową zaletą jest mobilność właśnie . Ma to sens, z bardzo prostej przyczyny – ruchome elementy systemu będą dużo trudniejsze do zniszczenia dla ewentualnego agresora. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to właśnie sceptycyzm Moskwy względem amerykańskiego projektu odgrywał decydującą rolę w trakcie podejmowania decyzji przez prezydenta Obamę.

I co dalej?

Należy zadać sobie fundamentalne pytanie: czy rezygnacja z wcześniejszych ustaleń między rządami USA, Polski i Czech oznacza definitywne zmniejszenie zaangażowania Ameryki w regionie?
Pytanie na pozór banalne, jednak dla Europy Wschodniej niezwykle istotne. Jeżeli administracja Obamy w ramach resetowania stosunków z Rosją, postanowiła wycofać się nie tylko z projektu BMD, lecz również z wzajemnej współpracy wojskowej i eksportu technologii z nią związanych – oznacza to próbę zaciśnięcie współpracy z Moskwą do poziomu, w którym rola państw europy wschodniej, jako buforu przed ekspansją Kremla, będzie marginalna lub zupełnie straci rację bytu. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że teoria jest nieco „na wyrost”, jednak powinniśmy teraz bardzo uważnie śledzić rozwój wydarzeń. Na szczególną uwagę zasługuje rola jaką Moskwa odegra w trakcie najbliższych negocjacji w kwestii Iranu i jego programu nuklearnego. Istotnym, z punktu widzenia Warszawy i innych krajów regionu, będzie kształtowanie się przyszłych relacji na linii Moskwa – Waszyngton. Wnikliwa ich obserwacja powinna nam, wcześniej czy później, przynieść odpowiedź na nurtujące nas pytania.

rossija.

Więcej tekstów oraz autorów na portalu  Polityka Globalna
13
wrz
09

Chavez w objęciach Niedźwiedzia

Russia Venezuela

Prezydent Wenezueli, Hugo Chavez podczas swojego tournée po zaprzyjaźnionych stolicach odwiedził Moskwę. W trakcie wizyty, obok rozmów z prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem, doszło do podpisania kilku porozumień dotyczących energii, handlu i zbrojeń. Analitycy twierdzą, że mimo faktu, iż umowy należą raczej do symbolicznych – to ogólna tendencja zbliżeniowa między Caracas i Moskwą ma na celu odtworzenie zimno-wojennych stosunków Rosji z Ameryką Południową.

Jednym z najważniejszych ustaleń, zawartych podczas dwudniowej wizyty Chaveza w Moskwie, jest umowa dotycząca współpracy przy eksploatacji ogromnych złóż ropy naftowej, zalegającej na trudno dostępnych głębokościach w dorzeczu Orinoko. Problem polega na tym, że ropa z tych pól będzie bardzo kosztowna, biorąc pod uwagę, niezbędne do wydobycia surowca, nakłady finansowe i technologie (których Wenezuela nie posiada). Specjaliści wskazują na jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt. Otóż nie jest jasnym czy Moskwa zgodzi się na inwestycje w pola naftowe z których surowiec, z racji położenia Wenezueli, najprawdopodobniej będzie sprzedawany do USA.

Problemy z pozyskaniem przez Wenezuelę kapitału wynikają, podobnie jak w Rosji, z postawy rządu względem niezaprzyjaźnionego kapitału. Krótko mówiąc, kiedy do władzy doszedł Chavez, zaczęto na masową skalę nacjonalizować pola naftowe znajdujące się w rękach międzynarodowych, głównie zachodnich koncernów. Problem pojawił się dopiero w momencie, kiedy brak zachodnich technologii oraz kapitału, czyli czynników niezbędnych w eksploatacji trudno dostępnych złóż, wpływa negatywnie lub nawet uniemożliwia wydobycie surowca.

Podczas wizyty podpisano również szereg umów na zakup rosyjskiego uzbrojenia. Transakcje mają być fundowane z pożyczki jaką Caracas uzyskało od Rosji. Nie jest do końca pewne czy Moskwa uruchomiła nową pożyczkę, czy raczej mowa jest o tej, która została udzielona Wenezueli w zeszłym roku. Obok wcześniejszych zamówień, tegoroczne opiewają m.in. na blisko setkę czołgów T-72 i T-90, około 20  systemów obrony przeciwlotniczej Tor- M2E, 24 myśliwce su-30, ponadto kilkadziesiąt helikopterów i samolotów transportowych.

Potrzebę dozbrojenia wenezuelskiej armii, Chavez argumentuje zwiększoną obecnością wojsk amerykańskich m.in. w Kolumbii. Nawiasem mówiąc, specjaliści twierdzą, że zakupione czołgi nie będą przydatne w razie ewentualnego konfliktu z uwagi na rodzaj terenu w którym przyszło by prowadzić działania. Znawcy podpowiadają, że Caracas pragnie wejść w posiadanie czołgów ponieważ rząd Chaveza nie należy do najstabilniejszych, dlatego prezydent pragnie mieć wspomniane czołgi w odwodzie, aby w razie wewnętrznych niepokojów móc wyprowadzić je na ulice.

Istotnym z punktu widzenia Moskwy, jest fakt uznania przez prezydenta Wenezueli niepodległości dwóch zbuntowanych gruzińskich prowincji – Abchazji oraz Osetii Południowej, które zostały faktycznie oderwane od Gruzji przez Rosję w wyniku zeszłorocznego konfliktu na Kaukazie. Moskwa stara się pozyskać jak największą liczbę państw, które ryzykując dobre relacje z „jeszcze największym mocarstwem”, zdecydowałyby się na uznanie niepodległości wspomnianych prowincji. Do tej pory, Kremlowi udało się nakłonić do podjęcia tego kroku jedynie trzy państwa. Oczywiście Rosję, Nikaraguę i – o czym zadecydował Chavez w trakcie swego pobytu w Moskwie – Wenezuelę.

Hugo Chavez jest jednym z tych polityków, którzy kreują i utrzymują poparcie swego elektoratu poprzez agresywny anty – amerykanizm. Ostatnia wizyta prezydenta Wenezueli w stolicy Rosji świadczy o zaniepokojeniu Caracas ewentualnym konfliktem z USA, dlatego w myśl powiedzenia “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, Chavez szuka patrona wśród państw wrogich Ameryce. Doskonałym kandydatem na takiego opiekuna jest Rosja, która z kolei pragnie odbudować swe wpływy w Ameryce Południowej. Nie bez znaczenia dla Kremla jest zaangażowanie USA na Kaukazie i Ukrainie, dlatego w duecie Moskwa – Caracas bardzo istotnym czynnikiem jest podejmowana przez Rosję próba rewanżu za ingerencję Waszyngtonu w „nieswoje strefy wpływów”. W układzie tym, Moskwie chodzi przede wszystkim o to aby pokazać USA, że skończyły się czasy imperialnego monopolu, kiedy to Ameryka rozstawiała wszystkich po kątach wedle własnego uznania a nastały czasy, kiedy Waszyngton musi liczyć się ze zdaniem Niedźwiedzia.

rossija.

08
wrz
09

Polsko – Rosyjskie podchody

putin tusk2

Niedawno mieliśmy przyjemność gościć w Polsce jednego z najbardziej wpływowych polityków świata, premiera Rosji Władymira Putina. Wprawdzie uroczystości, które odbyły się 1 września na Westerplatte przygotowane zostały z myślą o uczczeniu 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej, jednak kilku komentatorów przytomnie zauważyło, że oprawa prasowa jaka towarzyszyła uroczystościom, nadmiernie eksponowała pewnego szefa rządu zza wschodniej granicy. Złośliwi twierdzą że impreza przygotowana była głównie z myślą o należytym podjęciu byłego oficera KGB, który po latach oziębionych relacji, okraszanych min. zakazem pływania czy wojnami warzywno – mięsnymi, zdecydował schować kij i wyciągnąć dorodną rosyjską marchew. A nuż Polacy pochwycą marchew w królicze zęby i będą się nią kontentować w milczeniu.

Veni, vidi, vici, mógłby z pełnym przekonaniem powiedzieć premier Putin po powrocie z blisko-zagranicznych wojaży w domowe pielesze. Dlaczego? Ano dlatego, że wyprawa do znienawidzonego Lechistanu kosztowała bardzo niewiele w sensie szeroko pojętych ustępstw. Wygląda na to, że niektórzy Polacy wbili łapczywie zęby w sztucznie przerośniętą marchew, sygnowaną min zgodą na żeglugę polskich jednostek przez cieśninę Pilawską. Zauroczeni przyjacielskim aromatem warzywa, co niektórzy stwierdzili że można ogłosić kolejny wielki sukces polskiej dyplomacji. Oto jeden z najważniejszych polityków globu postanowił odrzucić wzajemne animozje i zaszczycić swą obecnością niewdzięcznych, uprawiających politykę historyczną, Polaków.

Aby przygotować dobry grunt pod swą ekspedycję, Premier Putin postanowił napisać list do narodu polskiego, który upubliczniony został przez jeden z największych ogólnopolskich dzienników.
Wprawdzie w liście skierowanym do niepoprawnych polaków, premier Putin w jednej ręce eksponuje wspomnianą marchew, natomiast w drugiej groźnie potrząsa i postukuje wielkim kosturem. Nie pozostawiając najmniejszych wątpliwości odnośnie alternatywy odrzucenia, wspaniałomyślnej i szczodrej, oferty pragmatycznej współpracy. Oczywiście w ramy oferty należy zaliczyć porzucenie przez Polskę upartych prób relatywizacji historii, w szczególności działań mających na celu obalenie mitu wielkiego Stalina.

Premier Putin daje do zrozumienia, że owszem możemy budować wspólną przyszłość a nasze stosunki maja potencjał do poprawy i pełnego rozkwitu, jednak pojawia się tu jedno małe lecz znamienne „ale”. Wspomniane „ale” oznacza subtelnie zawoalowaną sugestię skierowaną w stronę polskiej sceny politycznej. Sugestię polegająca na odrzuceniu przez polskie elity postaw konfrontacyjnych w relacjach z wschodnim sąsiadem. Sam premier Putin stawia na pragmatyzm, w związku z czym polskie społeczeństwo również powinno. Nawiasem mówiąc, Polacy nie mają innego wyjścia jeżeli chcą ułożyć dobre relacje z Moskwą. Alternatywą dla polskiej spolegliwości są wszelkiego rodzaju zakazy, nakazy i embarga, czego Warszawa doświadczyła już na własnej skórze. Ponadto Polacy nie powinni zapominać że są w ogromnym stopniu uzależnieni od rosyjskich surowców.

Czy mieszkańcy kraju nad Wisłą zdają sobie sprawę z tego, że niestety nie posiadają analogicznych do rosyjskich wpływów? Wygląda na to, że obecny rząd Tuska doskonale o tym wie i stara się dostosować zakres i siłę oddziaływania polskiej polityki zagranicznej do faktycznych możliwości Warszawy. Sprawa wygląda zupełnie inaczej z perspektywy Prezydenta Wszystkich Polaków, Lecha Kaczyńskiego oraz partii jego brata, Jarosława. Wygląda na to, że ci panowie postanowili obrać sobie za cel krucjatę przeciwko wszystkim, którzy zgodnie z duchem pragmatyzmu i groźnym relatywizmem na ustach, decydują się na kolaborację z odwiecznym wrogiem plemienia Lecha.

Polska ma przed sobą dwie drogi. Jedna z nich, oznaczona znakiem „zdrowy rozsądek”, prowadzi do stabilizacji stosunków na linii Warszawa – Moskwa, nawet kosztem zachowania taktownego milczenia w pewnych drażliwych kwestiach, różniących obydwie strony. Wygląda na to, że tę drogę obrała ekipa Tuska i jeśli nie zostanie on zakrzyczany przez opozycję, z przyczepioną etykietką zdrajcy i kolaboranta, to pragmatyczna polityka zagraniczna może przynieść wymierne korzyści.

Kolejna alternatywą dla Warszawy jest droga oznaczona znakiem „polityka historyczna”. Właściwie nie trzeba tego wyjaśniać, jednak dla lepszego zobrazowania tego co ów wariant dla Polski oznacza, wystarczy sięgnąć pamięcią kilka lat wstecz, do okresu kiedy za sterami państwa stała koalicja PIS -u z awanturniczą Samoobroną i ultrakatolicką, nacjonalistyczną LPR . Konfrontacyjna postawa rządu Kaczyńskiego w polityce zagranicznej, zrujnowała relatywnie dobrą percepcję Warszawy za granicą. PIS -owcy i spółka po prostu nie potrafili odnaleźć się w czymś tak dla nich złożonym jak wielowymiarowa polityka zagraniczna, przekładając pokrzykiwanie i  potrząsanie szabelką nad konstruktywny dialog.

Polacy winni sami zdecydować, którą z opcji wybiorą, jednak nie powinni zapominać o jednym z najważniejszych polskich przysłów, które w prostych słowach podpowiada receptę na pozytywną zmianę obecnej, nie najlepszej sytuacji. W kilku słowach – „zgoda buduje, niezgoda rujnuje”..

26
sie
09

Pakt, który zmienił Europę

molotov-ribbentrop-stalin

Właśnie minęła 70-ta rocznica podpisania paktu Ribbentrop – Mołotow, który jak twierdzi wielu historyków był preludium do wybuchu II wojny światowej. Istnieją duże rozbieżności w interpretacji tych wydążeń. Szczególnie wyraźnie widać to kiedy porównamy stanowiska Polski i Rosji. Tymczasem już za kilka dni będziemy świadkami wizyty premiera Putina w Polsce. Nasuwa się pytanie, czy rozbieżności w ocenie tamtych wydarzeń umożliwią niezakłócony przebieg uroczystości.

W latach 30-tych zeszłego wieku, II Rzeczpospolita znalazła się na równi pochyłej i konflikt z którymś z dwóch wielkich sąsiadów był nieunikniony, pozostawał jedynie kwestią czasu.
Problem polski polegał na tym że nie mogła i nie chciała związać się z hitlerowskimi Niemcami przeciwko Stalinowi, z którym notabene miała podpisany pakt o nieagresji. Nie mogła również, znając doskonale postać Stalina i wiedząc do czego był zdolnym, wystąpić ze stalinowską Rosją przeciwko Niemcom. Konsekwencją tego była zmowa mocarstw mająca na celu eliminacje gracza, który z uwagi na niefortunne położenie miedzy dwoma ekspansyjnymi ideologiami został skazany na zagładę.

W kilka tygodni po tym kiedy Hitler podbił Polskę, Armia Czerwona wkroczyła na wschodnie tereny II rzeczpospolitej. Stalin doskonale wiedział że aby zapewnić sobie spokój na zajętych terytoriach musi wyeliminować wszelkie ogniska oporu. Stąd rozkaz zamordowania wielu tysięcy polskich oficerów, naukowców, urzędników czyli elity, która mogła inspirować i organizować opór wobec okupanta. Z jednej strony podobny czyn był czystym barbarzyństwem, z drugiej jednak minimalizował ryzyko niepokojów i destabilizacji. Rosjanie widzą to właśnie w ten sposób – jako okrutną konieczność, do której Stalin musiał się posunąć aby zapewnić bezpieczeństwo własnym obywatelom. Rosjanie rozumieją, że do podjęcia tak bestialskiej a zarazem “słusznej” decyzji potrzeba było kogoś równie wielkiego jak on. Nawiasem mówiąc, ostatnio rosyjscy historycy zaczęli podejmować próby zrzucenia ze Stalina winy za zamordowanie polskich oficerów tłumacząc, że za rozkazem wymordowania stał Beria. Znamienny bo mający na celu uczłowieczenie Stalina zabieg jest bardzo wyraźnym odbiciem tego w jaki sposób rosyjskie społeczeństwo postrzega i ocenia byłego przywódcę ZSRR.

Podejmując próbę oceny Stalina posługując się powiedzeniem – „miarą wielkości człowieka nie jest liczba ofiar które ma na sumieniu ale to co osiągnął” możemy dojść do zaskakujących wniosków. Kierując się tą logiką, chyba najbardziej niepokojące jest stwierdzenie, iż ofiary komunizmy były konieczne, mało tego, były niezbędne, aby osiągnąć to czego dokonał Stalin. Dla Rosjan fakt, iż były przywódca ZSRR decydował się na ofiary sprawia, że staje się on w ich oczach jeszcze większy. W myśl zasady, że ofiary były koniecznością i musiały zostać złożone na ołtarzu poświęcenia po to aby naród rosyjski wraz z podległymi mu podmiotami mógł wzrastać w duchu komunizmu i zająć należna mu pozycje w świecie.

Wielu rosjan uważa, że liczba ofiar stalinowskich świadczy jedynie o przenikliwości wodza który w trosce o dobro ogółu nie wahał się przed wydawaniem trudnych rozkazów. Natomiast moralna ocena reżimu Hitlera, dokonana przez naród niemiecki jest zdecydowanie negatywna. Niemcy w wyniku przegranej wojny i w świetle rzuconym na hitlerowskie zbrodnie przyznały się się do oczywistej winy. Rosjanie z kolei widzą sprawę zupełnie inaczej dlatego, że to właśnie oni kosztem wielu milionów ofiar zadali Niemcom decydujący cios. Wbrew dziesiątkom, głównie amerykańskich, filmów na temat inwazji w Normandii oraz propagandy odnośnie roli zachodnich aliantów, to właśnie Stalin na froncie wschodnim zadał Niemcom najpoważniejsze straty a jednocześnie poniósł największą ofiarę w ludziach. Nie łatwo więc będzie zmienić sposób w jaki Rosjanie postrzegają zarówno swojego wodza jaki i wydarzenia poprzedzające wybuch wojny. Dla nich pakt Ribbentrop – Mołotow był jedynie wybiegiem Stalina, mającym na celu kupienie ZSRR więcej czasu na przygotowania do nieuniknionej konfrontacji z hitlerowcami. Oczywiście Stalin nie miał pewności, że Niemcy zaatakują Związek Radziecki. Mimo faktu, iż ostrzegali go o tym zarówno wojskowi jak i jego najbliższe otoczenie, Stalin do końca czyli aż do momentu samego ataku nie wierzył, że Adolf Hitler ma w planie inwazje na ZSRR. W świetle tych informacji, próba przedstawiania przez Rosjan paktu jako sprytnego wybiegu którego zadaniem było kupić czas jest co najmniej nie trafiona. Stalin był przekonany że Niemcy po zajęciu, ustalonych tajną klauzulą, zachodnich ziem Rzeczpospolitej skierują swą machinę wojenną na zachód pozostawiając w spokoju wschodniego sojusznika. Właściwie Stalin miał w tym punkcie rację, jednak nie przewidział, że Francja podda się właściwie bez walki a tym sammym Hitler skusi się na złamanie podpisanych zobowiązań.

Obecna, 70-ta rocznica podpisania paktu schodzi się z wizytą Putina w Polsce z okazji 70-tej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Po obu stronach jest wiele rozbieżności jednak czy wola poprawy obustronnych relacji okaże się silniejsza niż zadawnione animozje? Nieprzypadkowo w czasie wizyty rosyjskiego premiera będą prowadzone rozmowy dotyczące umów na dostawy surowców dla Polski. Czyżby Rosja postanowiła się w ten sposób zabezpieczyć przed podejmowanymi przez pewne polskie kręgi nachalnymi próbami rewizji jej historii? Najprawdopodobniej tak, jednak nie możemy im tego zarzucić jako, że jest to raczej normalna praktyka przy tego typu wizytach.

Obecna sytuacja, mimo oczywistych różnic pod pewnymi względami przypomina tą z późnych lat 30 – tych zeszłego wieku. Podobnie jak wtedy, Polska znajduje się miedzy „młotem a kowadłem”. Oczywiście Niemcy i Rosja wykazują zdecydowane różnice miedzy ich odpowiednikami sprzed ponad 70 lat, jednak nadal jesteśmy przedmiotem ich polityki, nie partnerem. Problem pojawia się w momencie kiedy współczesna Rosja nie czuje się winna stawianym im przez polaków zarzutom. Oczywiście nie jest możliwym bezkrytyczne przyjecie polskiego stanowiska, natomiast jak najbardziej na miejscu są dwustronne rozmowy na ten temat, raczej na szczeblu eksperckim niż rządowym. W przeciwnym wypadku polsko rosyjskie relacje będą na tym coraz bardziej cierpieć.
Jeżeli chodzi o Niemcy, te z wielką łatwością wygrywają walkę o polskie serca i umysły dlatego, że udało im się odnaleźć wspólną płaszczyznę w postaci ideii integrowania Europy, w której to właśnie nasi zachodni sąsiedzi grają pierwsze skrzypce.

Polska nie powinna mówić Rosjanom jak maja się rozliczać z własną historią, bo to tylko zaogni dwustronne relacje. Pozostaje nam jedynie czekać na moment kiedy nasi wschodni sąsiedzi sami dojrzeją do pełnej i trzeźwej oceny mitu Stalina. W prawdzie, w Rosji są osoby które dostrzegają tragedię zarówno ówczesnej Polski jak i ofiar komunizmu, jednak pozostają one w zdecydowanej mniejszości. Dlatego nie sadze aby rosyjscy intelektualiści w dającej się przewidzieć przyszłości zdecydowali się, w przeciwieństwie do niemieckich, na wystosowanie listu przepraszającego za krzywdy jakich Polska doznała od ZSRR. Przyczyna jest bardzo prosta – obecni gospodarze kremla świetnie znają swoje społeczeństwo, a to jednoznacznie ocenia Stalina, jego działania i metody jako słuszne i uzasadnione. Zakładając, że na kremlu pojawiła by się wola pojednania i rozliczenia z wspólna historią, w co wątpię, bardzo trudne będzie odnalezienie satysfakcjonującego obydwie strony kompromisu.

Dla wytrwałych, polecam obszerny materiał poświęcony polityce mocarstw przed i w czasie II wojny światowej (link do reszty tu, gdyby nie wyświetliła się możliwość wyboru kolejnych części).

rossija.

19
sie
09

Rosyjsko – Niemieckie Tango

cv_Schroeder_Putin__302382g

Właściwie już od momentu objęcia fotela kanclerskiego w Niemczech przez Gerharda Schroedera, a po stronie rosyjskiej – prezydenckiego przez Władimira Putina, możemy zaobserwować ogólny trend zbliżeniowy pomiędzy tymi dwoma państwami. Odwieczni rywale coraz bardziej umacniają wzajemne relacje. Historia uczy, że okres zbliżenia miedzy tymi dwiema potęgami to preludium do większego konfliktu, czy tak będzie i tym razem?

Niemcy postrzegają Rosję trochę inaczej niż ich wschodni sąsiedzi pomimo faktu, że wschodnia część Niemiec w czasie zimnej wojny należała do sowieckiej strefy wpływów. W przypadku europy wschodniej, jej obawy względem Rosji są niejako historycznie uzasadnione, ponieważ ta już od bardzo dawna była przedmiotem walk o strefy wpływów miedzy mocarstwami. Berlin widzi w Rosji strategicznego partnera dlatego, że zachodzi tu pewien rodzaj symbiozy, tzn. Niemcy chcą rosyjskich surowców, natomiast Rosja desperacko potrzebuje inwestycji w jej niezdrową, bo opartą głównie na surowcach gospodarkę. Nie bez znaczenia są też nowe technologie, które Moskwa może pozyskać od swego europejskiego partnera. Dlatego nie powinno dziwić, że oba państwa właściwie już za kadencji Kohla i Jelcyna rozpoczęły proces zbliżania, który był i jest podyktowany przede wszystkim wspólnym interesem.

Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że Niemcy próbują swą wizję polityki współpracy z Rosją, zaadoptować jako wspólną politykę Europejską. Problem polega na tym, że część państw Europy nie do końca zgadza się na bezkrytyczną współprace z Moskwą. Sceptycy, stanowisko swe motywują przede wszystkim dążeniem Kremla do centralizacji władzy, z czym wiąże się stopniowy zanik społeczeństwa obywatelskiego i demokracji, co z kolei tworzy bardzo podatny grunt pod totalitaryzm. Kolejnym zarzutem upartych wschodnio – europejczyków wobec Moskwy jest brak poszanowania prywatnej własności, co utrudnia inwestycje niezaprzyjaźnionego kapitału. Przykładem tutaj może być głośna sprawa Chodorkowskiego. Ponadto, do fundamentalnych zarzutów należą praktyki, w których Kreml wykorzystuje surowce jako przedłużenie tradycyjnej dyplomacji względem opornych. Nie bez znaczenia jest fakt, iż Rosja i Niemcy zadecydowały o budowie gazociągu Nord Stream, który ma połączyć Rosję i jej europejskiego partnera z pominięciem krajów tranzytowych. Pewne kręgi w Polsce postrzegają projekt budowy gazociągu, jako współczesną wersję paktu Ribbentrop – Mołotow, poprzedzającego wybuch II wojny światowej, w wyniku którego faszystowskie Niemcy wraz z sowiecką Rosją zadecydowały o podziale między siebie terenów II Rzeczpospolitej. Pozwolę się zatrzymać na dłużej przy temacie gazociągu dlatego, że jestem przekonany, że ten projekt ten definiuje oraz jest czymś w rodzaju kwintesencji obecnych, ciepłych relacji na linii Berlin – Moskwa.

W świetle powyższych faktów nasuwa się pytanie, czy obawy sceptyków projektu są w jakimś stopniu słuszne i uzasadnione. Szukając odpowiedzi na to pytanie, należy się zastanowić jakimi motywami kierowały się poszczególne państwa biorące udział w projekcie. Z punktu widzenia Rosji projekt jest o tyle ważny, że eliminując kraje tranzytowe, zwalnia Moskwę z obowiązku uiszczania opłat tranzytowych i jest to logiczne, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, iż Rosja kilkakrotnie posunęła się do szantażu gazowego to sprawa przybiera zupełnie nowe oblicze. Mam na myśli fakt, że Rosja uzyska narzędzie dzięki któremu będzie mogła uciec się do uskuteczniania polityki względem nieposłusznych państw europy wschodniej, nie posuwając się do ograniczenia dostaw dla jej strategicznego partnera. Ponadto projekt niesie ewentualność powrotu Rosji do zabawy we wschodnioeuropejskie podwórko. Przy czym nie należy zapominać, że w państwach europy wschodniej, a właściwie w krajach bałtyckich oraz na Ukrainie, spory procent społeczeństwa to właśnie Rosjanie. Moskwa już wcześniej pokazała, że jest zdolna do wykorzystania tego czynnika dla własnej korzyści. Oczywiście jest to tylko hipoteza, mająca na celu wskazanie iż, taka ewentualność znajdzie się w wachlarzu możliwości Kremla… Mimo wrodzonego optymizmu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że Rosji również o to chodziło.

Jeżeli spojrzymy na problem z punku widzenia Berlina, sprawa jest bardzo prosta. Niemcy doskonale wiedzą, iż Rosja może posunąć się do gazowego szantażu wobec „upartych i nie znających umiaru” państw Europy Wschodniej. Właściwie Moskwa już zademonstrowała jak to działa na przykładzie Ukrainy. Problem w tym, że Berlin nie chce ani nie może pozwolić sobie na przykręcenie kurka z bardzo prostej przyczyny – było by to katastrofalne dla niemieckiej gospodarki. Rosja doskonale rozumie niemieckie obawy i wychodzi im naprzeciw, proponując budowę wspólnego gazociągu.

Wprawdzie strona niemiecka wysyła sygnały, że projekt jest zupełnie nieszkodliwy oraz sugeruje, że Polska mogłaby się włączyć w budowę gazociągu, znamiennym jest fakt, iż głos ten nie ma pokrycia po stronie rosyjskiej. Wygląda to bardziej na niezbyt udaną próbę Berlina, mającą na celu uspokojenie „niedowiarków”. Nawiasem mówiąc, gdyby Rosja zaprosiła te państwa do udziału w projekcie, w co raczej wątpię, to gaz dla nich docierałby przez odnogi głównej rury, które w razie konieczności można by bardzo łatwo i szybko poddać „awarii z przyczyn niezależnych”.

Kolejnym, bardzo istotnym elementem w rosyjsko – niemieckiej układance, jest kwestia obecności USA w Europie. Wygląda na to, że Moskwa i Berlin również tutaj znajdują wspólny język. W przypadku Rosji sprawa jest jasna i nie wymaga zbyt wielu wyjaśnień, jednak dla ścisłości dodam, że Kreml dla skutecznego panowania nad narodem, musiał znaleźć “wroga zewnętrznego”. Kto w tej roli sprawdziłby się lepiej niż sama Ameryka? Oczywiście sprawa ma też wymiar geopolityczny i Moskwa zdaje sobie sprawę z tego, że aby uczestniczyć w budowie nowej architektury bezpieczeństwa na starym kontynencie, musi pozbyć się z niego wpływów Waszyngtonu. Moskwa doskonale wie, że sama nie będzie w stanie tego osiągnąć, dlatego próbuje stworzyć po temu odpowiednie warunki. Rosyjskim sposobem na wypchnięcie USA, jest stworzenie płaszczyzny współpracy z państwem, które ma w Europie najwięcej do powiedzenia, oraz późniejsze zmontowanie koalicji zainteresowanych pozbyciem się amerykańskich baz. Nie przypadkowo minister Ławrow powiedział, że „Moskwa nie pozwoli nikomu poróżnić jej z Niemcami, a stosunki rosyjsko-niemieckie stanowią jedną z najważniejszych osi budowy nowej Europy. Rosyjsko-niemieckie pojednanie jest jednym z najważniejszych czynników w dziele budowy nowej Europy i nikomu nie pozwolimy wbić klina między nasze narody. Niektórzy próbują dziś wzbudzić w nas lęk przed Niemcami twierdząc, że jeżeli zostaną one wyjęte z NATO-wskiej klatki, ponownie zagrożą całej Europie”. Jednym słowem Moskwa daje do zrozumienia, że stawia na współpracę nie tyle z Unią Europejską, co przede wszystkim z Niemcami. Nieco zabawne, lecz jednocześnie znamienne jest stwierdzenie jakoby Rosja miała się obawiać Niemców wyciągniętych z natowskiej klatki… Przecież im właśnie o to chodzi!

Jeśli wsłuchamy się w głos niemieckiego społeczeństwa, możemy dojść do wniosku, że Niemcy mają już dość poprawności politycznej, bicia się w piersi i powtarzania mea culpa. Ponadto amerykańska obecność na starym kontynencie, jest dla Niemców czymś w rodzaju zwierciadła, w którym naród każdego dnia dostrzega swoją winę. Niejako równocześnie pojawia się tendencja do pewnych resentymentów i prób relatywizacji historii: na lewym brzegu Odry planują budowę centrum przeciw wypędzeniom, mające za cel upamiętnienie tragedii niemieckiej ludności, która w wyniku przegranej wojny została zmuszona do opuszczenia ziem zagrabionych przez zwycięskich Aliantów. Właściwie projekt sam w sobie nie jest szkodliwy dlatego, że każdy naród ma prawo do tego aby zgodnie z kartą praw człowieka i własnym sumieniem rozliczać się ze swoją historią. Oczywiście pod warunkiem, że nie są to próby pisania historii „od nowa”, w zależności od chwilowych trendów politycznych.

Tymczasem w Rosji pojawiły się ostatnio publikacje na temat historii II wojny światowej, które zupełnie odbiegają od tego, czego uczą przeciętnego Kowalskiego w polskiej podstawówce. Otóż niektórzy rosyjscy publicyści obwiniają Polskę za wybuch II wojny światowej, w której życie straciło ponad 60 milionów ludzi. Swoje stanowisko argumentują tym, że Polska mogła się zgodzić na niewygórowane żądania Hitlera. Właściwie podobne stanowisko nie jest niczym nowym i bardzo często pojawia się między innymi w rosyjskiej blogosferze. Kwestia podobnych opinii urosła do rangi problemu, kiedy zbliżony komentarz pojawił się na oficjalnej stronie rosyjskiego ministerstwa obrony. W prawdzie publikacja odnosząca się do tych zarzutów została szybko usunięta, jednak pozostał po niej niesmak.

W chwili obecnej podobne przypadki to raczej sprawy drobne i można powiedzieć, że nie są w stanie, w obecne formie, przesądzić o wstrzymaniu procesu integracyjnego Unii Europejskiej. Niemniej jednak należy wziąć pod uwagę możliwość, że podobne opinie, być może nawet w ostrzejszej formie, będą pojawiać się w przyszłości, a jeżeli trafią na podatny grunt, to będą to elementy mające bardzo destruktywny potencjał. Mam tutaj przede wszystkim na myśli stanowisko Europy Wschodniej, która z niepokojem patrzy na doskonałe, z każdym rokiem pogłębiające się relacje rosyjsko – niemieckie. Relacje na tle których oba państwa sprawiają wrażenie jak gdyby dogadywały się ponad głowami ich mniejszych sąsiadów. Nie bez znaczenia jest też stanowisko Moskwy, która najchętniej widziałaby Europę podzieloną, bo tylko taką udaje się jej z dziecinną łatwością rozgrywać. Berlin powinien dać jasno do zrozumienia, że głos obawy mniejszych państw jest również dla niego istotny. W przeciwnym wypadku kredyt zaufania wschodniej europy do „niemieckiego” modelu integracji, bardzo szybko się skończy.

rossija.




RSS Rossija

Blog Stats

  • 11,556 hits

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.