Archiwum kategorii 'Bezpieczeństwo'

15
lut
10

Quo Vadis Росси́я?

Niedawno odbyła się druga, decydująca tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi tłumnie ruszyli do urn, aby mimo przejmującego mrozu spełnić swój obywatelski obowiązek. W tym roku każdy głos się liczył, walka szła na szable między post-pomarańczową Tymoszenko a błękitnym, choć nie tak nepotycznie jak 5 lat temu, Janukowyczem. Z niewielką przewagą wygrał Janukowycz kandydat pro-moskiewski. Mimo faktu, iż określenie pro-moskiewski powoli nabiera charakteru kontrowersji, jestem przekonany, że reakcja Rosjan jest wystarczającym dlań usprawiedliwieniem.

Sytuacja po wyborach mimo ogłoszenia zwycięzcy jest jeszcze niespokojna i jeszcze prawdopodobnie długo pozostanie. Tymoszenko, niezadowolona z rzekomych nieprawidłowości i uchybień, czy wręcz fałszerstw, odgraża się zaskarżeniem wyników. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż wierzy w to sama niedoszła pani prezydent. Cisza w Europie na temat rzekomych oszustw jest niezwykle wymowna. Być może szczęścia spróbują jeszcze możni na wygnaniu, ale rzecz nie ma i nie znajdzie szerszego poparcia na zachodzie. Obecnie są to raczej głośne przepychanki przed przyszłym obsadzaniem stanowisk, niż realistyczna, faktyczna chęć podważenia wyników głosowania.

Co dalej?

Mimo entuzjastycznych komentarzy redaktorów z gazet wszelakich, szumnych zapowiedzi sztabu Janukowycza na temat UE, oraz spekulacji względem pierwszej symbolicznej wizyty świeżo upieczonego prezydenta do Brukseli, oraz wróżenia, że nie będzie tak źle – nastąpiło polityczne przesunięcie Kijowa na wschód, z wszystkimi tego konsekwencjami. Moskwa już nie walczy o zabezpieczenie zagrożonego pomarańczową Ukrainą “podbrzusza”, więc swe zasoby zaangażuje gdzie indziej. Specjaliści wskazują Kaukaz i Kraje Bałtyckie. Na kaukazie należy zrobić porządek z radykalnymi ekstremistami i Gruzją, natomiast w krajach bałtyckich zadbać o bezpieczeństwo własnych uciskanych obywateli, oraz na poważnie zająć się próbami przekłamywania historii.

Bezkompromisowy jak sam bohater

Wraz ze zmianą władzy w Kijowie zaczął wiać nieprzychylny dla Warszawy wiatr, choć konsternacja dała o sobie znać już przed wyborami. Ustępujący Prezydent Juszczenko postanowił na koniec swej politycznej kariery zafundować Ukrainie kolejnego bohatera. Każdy naród potrzebuje swych symboli, wszak bez narodowych herosów tożsamość narodowa nie znajduje zakotwiczenia, obumiera. Problem polega na tym, że nowy bohater Ukrainy to nie kto inny lecz Stepan Bandera we własnej osobie. Pan odpowiedzialny za masowe morderstwa dokonywane na Polakach podczas II wojny światowej na terenach należących przed wojną do II Rzeczypospolitej.

Krok na jaki poważył się prezydent Juszczenko jest bezspornie czynem brawurowym, by nie powiedzieć – szalonym. W czasach, gdy wszelkie reminiscencje nazizmu tępione są w europie z bezwzględnością, prezydent Juszczenko proponuje, żeby bohaterem Ukrainy został pan który z faszystami kolaborował i który w swych działaniach uciekał się do ich metod. W tym przypadku intencje nie powinny rzutować na sam fakt kolaboracji. Nie w realiach współczesnej political correctness.

Używając logiki pomarańczowego prezydenta, muzeum Pergamońskie w Berlinie można by przemianować na muzeum im Hermana Goeringa, wszak niemiecki patriota był mecenasem sztuki i walczył za ojczyznę.

Czy decyzja prezydenta podyktowana była zwykłym szaleństwem, nieznajomością współczesnych realów, niewrażliwością na nie, czy wreszcie swoistym aktem desperacji w obliczu świadomości końca własnej kariery politycznej?

Jako polityk, tymczasowo (prawdopodobnie bez odwołania) przegrany, lecz jako “prawdziwy” Ukrainiec, niezłomny i bezkompromisowy. Symboliczny męczennik z ramienia FSB a zarazem prawdziwy strażnik słowa wpisanego w złoty trójząb Rurykowiczów. Tymczasowo uśpiony, lecz w każdej chwili gotowy do działania. Do czasu aż nadejdzie kolejny dobry moment. Pytanie tylko czy nadejdzie, gdy Rosjanie z Niebieskimi ugruntują już swoją pozycję.

„Pax Europeana” Miedwiediewa -  nie oficjalnie, lecz po cichu

Pod koniec zeszłego roku na stronie kancelarii prezydenta federacji rosyjskiej pojawił się dokument noszący roboczą nazwę – “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim”. Roboczej, ponieważ była to propozycja skierowana do europejskich kolegów, dotycząca palącej potrzeby zmiany układu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Wymagająca akceptacji, a więc zapewne i zmiany tytułu, aby stanowić kęs zdatny do przełknięcia dla samej Ameryki, oraz dla jej “śmiesznych i nierozsądnych” przyjaciół w Europie. Rosjanie jako przykład, gdzie braki w systemie bezpieczeństwa zawiodły wskazali konflikt w Gruzji z sierpnia 2008 (choć polska wiki już informuje, że była to wojna w Osetii południowej), oraz rozwiązanie z międzynarodowym “rozbiorem” Serbii.

Doradcy prezydenta Miedwiediewa uważają, że gdyby Moskwa miała więcej do powiedzenia we wspomnianych kwestiach, do obydwu tragedii mogłoby nie dojść. Choć nie można też wykluczyć, czegoś krańcowego odmiennego. Wracając do samej propozycji, budzi ona słuszne kontrowersję ponieważ oznacza de facto uznanie rosyjskiej strefy wpływów. Tymczasowo chodzi o Ukrainę, Kaukaz, oraz kraje Azji Środkowej. Rosja domaga się uznania prymatu jej interesów na tych obszarach. A więc koniec z dywersyfikacją, partnerstwem dla demokracji czy kolejną chwytliwie nazwaną fanaberią zachodnich PR-owców.

Cisza Berlina, była bardzo wymowna, premier Berlusconi próbował nawiązać dialog, natomiast ostatnio prezydent Sarkozy zaskoczył chyba wszystkich, łącznie z Karlą Bruni.

Wygląda na to, że istnieje jakaś niepisana umowa pomiędzy prezydentem wszystkich Francuzów oraz prezydentem wszystkich Rosjan z przyległymi  nacjami. Prezydent Sarkozy zdecydował, że odsprzeda Rosjanom okręt desantowy plus kilka innych sztuk uzbrojenia, które poszerzą rosyjskie ultima ratio regum. Tranzakcja wpłynie negatywnie na obecny układ bezpieczeństwa na przestrzeni EŚW, dając znaczącą przewagę Moskwie. Czy można tak samemu, zaraz po tym jak wstąpiło się do NATO sprzedawać broń do kraju, który uważa sojusz za głównego rywala? I to bez szerszej debaty na temat zaproponowanej przez ów kraj umowy dotyczącej zmiany układu sił? Wygląda na to, że można. Prezydent Sarkozy jest żywym, chodzącym przykładem.

W szerszym kontekście zaskakuje również przyzwalające milczenie Berlina. Jeśli dobrze się zastanowić umiarkowana reakcja stanów zjednoczonych sugeruje, że jesteśmy właśnie świadkami wejścia w życie umowy nazwanej roboczo “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim” autorstwa prezydenta Miedwiediewa. Umowa, której nazwa właściwa niedługo powstanie jest oczywiście niepisana, choć spisana została przez zespół doradców rosyjskiego prezydenta.

Prezydent Miedwiediew jest twardym Rosjaninem choć “liberałem”, który w przeciwieństwie do premiera Putina rozumie, że współpraca z zachodem będzie owocna przez co korzystniejsza niż wyniszczające spory. Zachód potrzebuje wyraźnego sygnału, że Rosja z którą współpracuje to Rosja według Miedwiediewa, nie Rosja według Putina. Reakcje kręgu prezydenta wykazują zrozumienie zachodnich obaw, oraz chęć do współpracy a także świadomość, że potencjalnym rywalem Moskwy jest Pekin, nie Zachód. Natomiast gwardia Putina boi się zmian o czym pisze sam prezydent Miedwiediew.

Tymczasem zachodnia prasa już uruchomiła serię stonowanych, melancholijnie – optymistycznych tekstów o trudnej historii i obiecujących perspektywach. Część Europy jest już przekonana, pozostałych będą przekonywać. Powoli i z wyczuciem, aby uniknąć niepotrzebnej paniki. W chwili obecnej piłka jest w rekach Miedwiediewa. To od niego zależy jak potoczy się dalsza gra o europejskie bezpieczeństwo. Pozostaje tylko zapytać: Quo Vadis Россия?

17
sty
10

“Niebieska” niedziela na Ukrainie?

Rozpoczynające się w dniu dzisiejszym, wybory prezydenckie na Ukrainie zapewne przypieczętują “niebieską” kontrrewolucję i przeniosą Kijów na powrót pod skrzydła Moskwy.

Rosjanie mieli pięć lat na wyciągniecie wniosków z własnych błędów, popełnionych podczas poprzednich wyborów. Tym razem, partia ukraińska została rozegrana mistrzowsko. Nieważne kto zostanie wybrany, każdy z typowanych faworytów będzie liczył się ze zdaniem Kremla. Z pewnością miła odmiana i przyjemny prezent noworoczny dla Rosjan, którzy zlękli się, że Kijów wymknął się spod ich kontroli.

Wprawdzie, ubiegający się o reelekcję, prezydent Juszczenko przekonuje rodaków do głosowania zgodnie z interesami państwa. Wygląda jednak na to, że Ukraińcy nieco inaczej pojmują owe interesy. Społeczeństwo jest zmęczone, pragnie stabilizacji i przewidywalności, a te zdaje się oferować prorosyjski Janukowycz.

Wszystkim, którzy myślą(zgodnie z wszelkimi znakami na niebie i ziemi), że podczas wyborów zachód pozostanie bierny, Bieriezowski powściągliwy, a proces wybierania głowy państwa przebiegnie spokojnie – podsyłam ten link.

Źródła powiązane z Partią Regionów, wyrażają swe zaniepokojenie rzekomym “napływem” kilku setek “wysportowanych” Gruzinów, którzy przybyli na Ukrainę w celu destabilizacji wyborów.

Według cytowanych źródeł, w piątek wylądowały w Doniecku na wschodzie Ukrainy dwa czartery z 297 Gruzinami na pokładzie. Podobno niektórzy posiadali listę z adresami lokali wyborczych, choć wszyscy zgodnie twierdzili, iż przybyli w celach towarzyskich, aby spotkać się z wcześniej umówionymi Ukrainkami (poznanymi w sieci). Kolejny samolot dotransportował kolejnych 120, tym razem do Kijowa.

Osoba powiązana z gruzińską opozycją(cytowana przez RIA Novosti) twierdzi, że zorganizowani randkowicze mają powiązania ze służbami specjalnymi i armią. “Większość z nich to żołdacy. Niektórzy mają dowody z nieprawdziwymi nazwiskami, prawie wszyscy ukończyli specjalny trening i posiadają umiejętność walki” – informuje cytowane przez agencję źródło.

Być może jest to odpowiedź na odmowę rejestracji 3000 gruzińskich obserwatorów, których zadaniem miało być czuwanie nad prawidłowością wyborów. Być może emigracja rosyjskich oligarchów pozostających w niełasce, próbuje przeszkodzić na tyle, na ile faktycznie może. Biorąc pod uwagę prokremlowskie sympatie agencji, nie jest wykluczona próba prowokacji “prewencyjnej”. A może faktycznie istnieje plan X, i podobnych czarterów jest więcej?

Jedno jest pewne, to będzie długa niedziela, a nastroje są gorące mimo przenikliwego chłodu.

PS. Korzystając z okazji, że ostatni raz byłem tu w roku 2009, chciałbym życzyć wszystkim odwiedzającym, jak najlepszego roku 2010. Oby ziściły się Wasze najskrytsze marzenia i zrealizowały najbardziej karkołomne plany!

30
paź
09

Atomowa Rosja

wybuch

Ostatnio w rosyjskiej prasie pojawiły się wzmianki na temat prac nad nowa doktryną wojskową. Prace są już na bardzo zaawansowanym etapie, natomiast sam dokument powinien wejść w życie z początkiem przyszłego roku. Najważniejszym z punktu widzenia międzynarodowej społeczności, jest wprowadzenie prewencyjnego użycia broni atomowej. Oznacza to, że Moskwa będzie mogła sięgnąć do atomowych arsenałów w przypadku zagrożenia definiowanego przez władze samego Kremla, przy czym subiektywne poczucie zagrożenia będzie podstawowym kryterium wg którego prezydent podejmie podobną decyzję. Zapewne siła odstraszania takiego mechanizmu będzie wpływać pozytywnie na rosyjskie bezpieczeństwo, jednak czy podobne rozwiązania przyczynią się do zwiększenia globalnego bezpieczeństwa, pozostaje kwestią sporną.

Głosy na temat konieczności wprowadzenia podobnych zapisów pojawiły się już w momencie kiedy NATO zrzucało swoje bomby na Serbię w latach 90tych. Tuż po wydarzeniach na Bałkanach Rosjanie przeprowadzili symulację ewentualnego konfliktu z zachodem. Symulacje wykazały, że Rosja nie byłaby w stanie odeprzeć zachodniej ofensywy, używając jedynie broni konwencjonalnej. Według rosyjskich specjalistów, nowa doktryna jest również odpowiedzią na proces ekspansji NATO w kierunku wschodnim, na tereny byłych radzieckich satelit oraz państw związkowych.

Pozwolę sobie przytoczyć argumenty sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji, na temat potrzeby wprowadzenia nowej strategii obronnej Rosji. Pan Nikołaj Patruszew powiedział, że “..musimy wziąć pod uwagę, że sytuacja w kraju i na świecie zmienia się dynamicznie. W roku 1993 uznaliśmy, że konflikt zbrojny jest niemożliwy, lecz życie pokazało, że to nie prawda. Istnieją konflikty regionalne i lokalne a większy konflikt nie jest wykluczony, więc musimy być na to gotowi.” Na pytanie odnośnie prewencyjnego użycia broni nuklearnej, zadane przez dziennikarza gazety Izwiestia, Pan Patruszew odpowiedział, iż “..rozważana jest opcja użycia broni nuklearnej w zależności od sytuacji oraz intencji potencjalnego przeciwnika. W sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa narodowego, atak nuklearny, również prewencyjny, nie jest wykluczony.”

Być może nieco zaskakujący dla przeciętnego zjadacza chleba jest fakt, iż Moskwa rozważając potencjalny konflikt za głównego i najbardziej prawdopodobnego przeciwnika uznaje Sojusz Północnoatlantycki. Wprawdzie, jak mówią rosyjscy specjaliści, obecne stosunki z NATO zostały przywrócone do normalnych i wróciły do temperatury zbliżonej do tej z przed wojny z Gruzją, jednak obecna sytuacja “taktyczna” może ulec szybkiej zmianie. Niewygasłe zainteresowanie Stanów Zjednoczonych Kaukazem a konkretniej Gruzją, oraz plany względem Ukrainy są czynnikami, które mogą taką zmianę wywołać. Biorąc pod uwagę sposób, jaki Moskwa wybrała aby uporać się ze zbuntowaną, ważną strategicznie Gruzją, należy spodziewać się zdecydowanych działań ze strony Kremla w przyszłości. Jeżeli przyjmiemy, że zeszłoroczny konflikt na Kaukazie był pewnego rodzaju sygnałem, ostateczną nieprzekraczalną linią nakreśloną przez Moskwę, która wyznaczyła granice wschodniej ekspansji NATO, możemy uznać, że wszelkie próby jej przekroczenia ze strony zachodu, spotkają się ze zdecydowaną reakcją. Nowa doktryna z pewnością wpisuje się w tą teorię, dając Rosjanom szersze pole manewru. Z nuklearnym parasolem bezpieczeństwa na wypadek większej determinacji zachodu, względem ingerencji w rosyjskie strefy wpływów.

Warto również wspomnieć o pozornie niewinnym zapisie, który znajdzie się w opracowywanej właśnie strategii. Chodzi o kontrowersyjną kwestię możliwości użycia siły w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa rosyjskich obywateli poza granicami federacji. Dlaczego kontrowersyjną? Otóż dlatego, że jeśli przypomnimy sobie zeszłoroczny konflikt w Gruzji a właściwie okres poprzedzający rosyjską interwencję, bardzo wyraźnie widać w jaki sposób Moskwa użyła tej jeszcze nieformalnej argumentacji w celu usankcjonowania swych działań militarnych.
Akcja Paszportowa w trakcie, której Moskwa na masową skalę wydawała rosyjskie dukumenty dla czujących bratnie więzi obywateli zbuntowanych gruzińskich prowincji, była ewidentnie skierowana na zapewnienie sobie Casus belli. W większym wprawdzie stopniu na własnym podwórku, niż za granicą z uwagi na ograniczony zasięg prokremlowskich mediów. W przyszłym roku, zapis pozwalający na użycie tej argumentacji zgodnie z prawem, zostanie zawarty w dokumencie na podstawie którego prezydent Federacji Rosyjskiej podejmował będzie strategiczne, mające wpływ na globalne bezpieczeństwo, decyzje.

Oczywiście, nikt nie neguje rosyjskiej powinności względem swych obywateli, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie poza granicami państwa. Zdecydowana reakcja w takich przypadkach jest zrozumiała i usprawiedliwiona. Sprawa przedstawia się nieco inaczej jeżeli weźmiemy pod uwagę powtórkę z akcji paszportowej, tym razem na Krymie, czyli regionie należącym formalnie do Ukrainy. Obok innych form nacisków na prozachodnie władze w Kijowie, zbliżone działania Moskwy były przyczyną ciągnącej się właściwie do dziś, wojny dyplomatycznej. W obliczu szerokiego marginesu interpretacji podobnych przepisów przez Rosjan, nie bez znaczenia jest znaczna, rosyjska mniejszość w Krajach Bałtyckich. Wprawdzie na liście strategicznych priorytetów Moskwy, kraje bałtyckie znajdują się dużo niżej niż Ukraina, czy Gruzja, jednak zakładając, że Rosjanom uda się sprowadzić Kijów i Tbilisi na właściwy tor, ekspansja wpływów w regionie Bałtyku pozostaje tylko kwestią czasu.

Nieco odmienne zdanie na temat nowej doktryny przedstawia Pan Aleksander Szarawin. prezes Moskiewskiego Instytutu Analiz Politycznych i Wojskowych twierdzi, że doktryna, która obecnie obowiązuje w sposób zadowalający spełnia swoje zadanie. Warto dodać, że aktualnie obowiązujący dokument z roku 2000 przewiduje użycie broni jądrowej jedynie w przypadku zmasowanej agresji przeciwko terytorium Rosji. Pan Szarawin dodaje również, że “.. broń nuklearna jest zarówno narzędziem politycznym jak i elementem strategicznego odstraszania. Jeśli ogłosimy, że użyjemy tej broni w konflikcie lokalnym, automatycznie zdegradujemy jej rolę.” Problem nie tkwi jednak w tym, że rola broni zostanie zdegradowana, lecz w tym, w jaki sposób podobna deklaracja i jej skutki wpłyną na globalne bezpieczeństwo. Jako ciekawostkę, należy dodać fakt, iż rosyjska prasa informuje jakoby Stany Zjednoczone również rozważały wprowadzenie analogicznych zmian do własnych zasad użycia broni jądrowej.

Aby zbudować wierniejszyobraz zmian zachodzących w mechanizmach użycia rosyjskich sił zbrojnych, warto wspomnieć o przyjętej niedawno prze niższą Izbę rosyjskiego parlamentu ustawie, która całkowicie zmienia procedury użycia wojska poza granicami kraju. Rosyjscy specjaliści twierdzą, że ustawa z 2006 roku, która zostanie zastąpiona przez nową, zezwala na użycie armii przez prezydenta poza granicami federacji jedynie w przypadku zwalczania “terroryzmu”. Eksperci są również zdania, że dotychczasowa ustawa jest anachroniczna i nieefektywna z uwagi na nieprecyzyjny charakter praw w niej zawartych, oraz z uwagi na rozbieżności w interpretacji sformułowań – “czas wojny” i “sytuacja walki”. Fundamentalna zmianą w stosunku do poprzednich rozwiązań jest sposób podejmowania decyzji o użyciu wojska. Do tej pory konieczna była zgoda parlamentu, obecnie decyzja należeć będzie do prezydenta.

Wygląda na to, że Rosjanie, czując zmniejszony ciężar amerykańskiej uwagi na Starym Kontynencie, postanawiają rozpocząć proces odbudowywania wpływów w swoim najbliższym otoczeniu. Nie bez znaczenia jest obecna sytuacja na Kaukazie, który stanowi swoistą osłonę dla odkrytego, równinnego “podbrzusza” Rosji, jednocześnie romansując z zachodem. To właśnie tam, ostrożnie kalkulując bilans zysków i strat, Moskwa pokazała NATO co myśli o jego dalszej ekspansji w rosyjskie strefy wpływów.
Na Ukrainie zbliżają się wybory prezydenckie,  których faworytem jest kandydat prorosyjski, być może jest to powód, dla którego Rosjanie wstrzymują się, od ewidentnych prób ingerencji w walki przedwyborcze. Część ekspertów jest zdania, że wejście w życie nowej doktryny oraz usprawnienia dokonywane w mechanizmach użycia armii, to celowe zabiegi Moskwy, nie przypadkowo zsynchronizowane z nadchodzącymi w styczniu wyborami. Rosja, wprowadzając ułatwienia względem użycia siły oraz poszerzając wachlarz motywów ową siłę usprawiedliwiających, oprócz tego, że dostosowuje się do współczesnego pola walki, wysyła również bardzo jasny, ostrzegawczy sygnał. Problem pojawi się dopiero w momencie, kiedy śladem Moskwy podążą inni gracze. Można śmiało zawyrokować, że krok do którego Moskwa właśnie się przymierza, w długotrwałych skutkach odbije się fatalnie na systemie globalnego bezpieczeństwa. Z pewnością będzie to krok w stronę zwiększenia ryzyka wybuchu globalnej wojny atomowej.

Być może Rosjanom właśnie o to chodzi? Ustępstwa będą niechętne lecz powszechne i nieuniknione, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie pragnie przyczynić się do całkowitej lub częściowej zagłady ludzkości. Jeśli Rosjanie faktycznie  zdecydują się na ten krok, powstaje pytanie, co NA TO zachód?

Krótki materiał telewizji Russia Today, na temat. ;)

27
paź
09

Krajobraz z rurą w tle

orzel 400W rosyjskiej prasie pojawiła się ostatnio wypowiedź Władimira Putina na temat niemiecko rosyjskiego gazociągu, który połączy Rosję i Niemcy w nierozerwalnym, gazowym uścisku. Mowa oczywiście o gazociągu północnym znanym również pod nazwą Nord Stream. Premier Putin oświadczył, ze realizacja projektu powinna pójść zgodnie z planem. Znając sceptyczne stanowisko Szwecji i Estonii, przez których wody terytorialne przebiegać ma gazociąg, optymizm Putina jest co najmniej zastanawiający. Być może premier opracował już plan, dzięki któremu stanowisko Sztokholmu i Tallinna będzie można zignorować, lub używając odpowiednich środków, zmienić na przychylne.

Berlin i Moskwa podpowiadają, że budowa gazociągu Nord Stream, którego podstawowym zadaniem będzie transport syberyjskiego gazu z Rosji do Niemiec z pominięciem tradycyjnych krajów tranzytowych, jest projektem czysto ekonomicznym, że projekt wykazuje zupełny brak aspektu geopolitycznego. W czasie, kiedy zaangażowanie światowego supermocarstwa w konflikt w Afganistanie, Iraku, potencjalnie w Iranie, było odpowiedzią na zagrożenia wynikające z współczesnej geopolityki, Niemcy i Rosjanie zgodnie twierdzą że ich wspólne przedsięwzięcie jest pozbawione tego wymiaru oraz, że projekt nie jest wymierzony w kraje europy środkowej i wschodniej. Mocno zastanawiające.

Zakładając, że Rosjanom chodzi jedynie o wyeliminowanie opłat tranzytowych, nawet w tym przypadku nie można powiedzieć, że projekt nie jest wymierzony przeciwko środkowoeuropejskim stolicom. Oczywiście gdyby był to jedyny cel i idea projektu, sceptyczne stanowisko Warszawy nie byłoby usprawiedliwione. Rosyjsko niemiecki projekt, którego większościowym udziałowcem będzie strona rosyjska, może jednak zostać użyty, jako narzędzie uskuteczniania tradycyjnej polityki. Nie są to bezpodstawne domysły, lecz rzeczywistość, czego przykładem były rosyjsko ukraińskie wojny gazowe, których skutki odczuła również Europa zachodnia.

Biorąc pod uwagę aspekt geopolityczny projektu, nie dziwi fakt, że Rosjanie zapewniają o jego braku, nie dziwi również, że zgadzają się z nimi Niemcy, którzy dostali darmową próbkę tego co mogłoby ich czekać w razie ewentualnego konfliktu Moskwy z Warszawą, bądź Kijowem. Powinien natomiast dziwić, a właściwie zastanawiać fakt, iż Warszawa zdaje się tym zapewnieniom całkowicie ufać.

Koalicja państw, które podzielały stanowisko Polski względem gazociągu, bardzo szybko topnieje.
Pierwszym krajem, który zdecydował o przełamaniu impasu, została Dania. oficjalne zastrzeżeniem Kopenhagi było potencjalne zagrożenie ze strony projektu dla środowiska naturalnego. Wygląda na to, że wątpliwości ojczyzny Hamleta zostały rozwiane, pytanie tylko czy sprawcą był niezależny raport ekspertów, czy raczej nieupublicznione rosyjsko-niemieckie ustępstwa. Możemy z całą pewnością wykluczyć zmowę Kopenhagi z Berlinem, względem kwietniowego wyboru szefa NATO dlatego, że Dania wyraziła zgodę na ułożenie rury w jej strefie ekonomicznej dopiero w październiku, jednak bezinteresowne ustępstwa są zjawiskiem rzadko spotykanym w stosunkach międzynarodowych.

Kolejnym państwem, które w wyniku badań przedstawionych im prze specjalistów, rozważa zmianę stanowiska na temat projektu, to Finlandia. Widocznie, październikowe rozmowy premiera Putina z przedstawicielami fińskiego rządu okazały się owocne. Rozmawiano o problemach okresu kryzysu, wspólnych przedsięwzięciach oraz współpracy energetycznej, szczególnie ten ostatni aspekt jest niezwykle istotny dla uzależnionej w 100% od rosyjskiego gazu, oraz w 70% od rosyjskiej ropy, Finlandii. Być może dlatego, premier Putin wspomniał w trakcie rozmów,  temat możliwości dopuszczenia Finlandii do udziałów w rosyjskich złożach Stockmana na morzu Barentsa. Nowo powstające, Finlandzkie centrum kultury w Sankt Petersburgu z pewnością nie odgrywa większej roli w procesie zmiany stanowiska rządu w Helsinkach.

Oczywiście są to spekulacje, jednak wygląda na to, że każdy ma swoją cenę, natomiast początkowe, negatywne stanowisko stanowi świetną pozycję wyjściową do dalszych, indywidualnych negocjacji .

Aby zrozumieć dążenia Kremla do utworzenia narzędzia uskuteczniania własnej polityki, należy zastanowić się nad problemami wynikającymi z rosyjskiej geopolityki. Jeżeli poddamy analizie wszystkie aspekty rosyjskiej geografii politycznej, jeden z nich wyraźnie wysuwa się na pierwszy plan. Mowa, oczywiście o ogromnym terytorium Rosji, które automatycznie determinuje pewne, określone działania Moskwy i kreśli nadrzędne wytyczne, na których Kreml opiera swoje strategiczne decyzje. Rozległe połacie terenów Rosji odegrały decydującą rolę w ewolucji rosyjskiej państwowości, oraz w kształtowaniu specyficznej formy społeczeństwa, które tworząc oddalone od siebie o setki kilometrów skupiska, miało tendencję do preferowania silnych, zapewniających odpowiednią opiekę, autorytarnych rządów.

Motorem działania Moskwy jest niewątpliwie czynnik samozachowawczy. Rosja, mając tak rozległe terytorium, nie posiada wystarczającej ilości naturalnych barier, aby skutecznie oprzeć się dobrze przygotowanej i zaplanowanej interwencji, przeprowadzonej przez odpowiednio przygotowanego przeciwnika. Aby należycie rozumieć i interpretować rosyjskie działania należy zdać sobie sprawę z tej prostej zależności. Historycznie, ekspansja zachodnia Moskwy była w jej oczach działaniem mającym na celu zapewnienia sobie względnego bezpieczeństwa. Optymalnym rozwiązaniem dla Kremla, było utworzenie wokół Rosji, szeregu państw buforowych, które obsadzone przychylnymi rządami pełniłyby rolę pierwszej linii obrony przed ewentualnym atakiem.

Jeżeli przyjmiemy, że naturalnym wektorem rosyjskiej ekspansji jest zachód, czyli Europa wschodnia, Gazociąg Północny doskonale wpisuje się w rolę katalizatora moskiewskich wpływów w tym regionie. Mimo jednoznacznych zapewnień dwóch największych udziałowców projektu, Berlina i Moskwy.

Wszystko wskazuje na to, że Nord Stream jednak powstanie, Rosjanom pozostaje jedynie przekonać Szwedów i ewentualnie Estończyków. Jeżeli, wbrew temu co obecnie mówi Moskwa, Rosjanie skorzystają w przyszłości z możliwości, które Nord Stream im oferuje, gdy zdarzy się ku temu odpowiednia okazja, Berlin będzie miał ograniczoną możliwość odpowiedzi, gdyż wiązałoby się to z zakręceniem gazowego kurka.

Berlin jest przekonany, że zrobił doskonały interes integrując Polskę w struktury UE, umiejętnie korzystając z soft power. Właściwie, dla Polski jest to również dobry interes ponieważ gwarantuje bezpieczeństwo przed ekspansją militarną ze strony obecnie przychylnego sąsiada, nie gwarantuje natomiast bezpieczeństwa przed ekspansją ekonomiczną i kulturową. Oczywiście mowa tu, nie o bezpośredniej propagandzie, lecz o subtelnej grze psychologicznej popartej odpowiednią kampanią przemysłu filmowego, oraz zaprzyjaźnionych mediów i organizacji pozarządowych, której obecnym niekwestionowanym liderem są Stany Zjednoczone.

Zakładając, że Rosja w długoterminowej perspektywie osiągnie swe strategiczne cele, upora się z przejściowo zaognioną sytuacją na Ukrainie, w Gruzji, oraz ureguluje sprawy na Białorusi, Moskwa będzie mogła poświęcić swą, dotychczas rozproszoną uwagę oraz odpowiednio zwiększone środki, aby zająć się skutecznym poszerzaniem własnych wpływów nad Wisłą.

Kiedy to nastąpi, niemiecka i rosyjska soft power po raz kolejny w historii zetrą się w przestrzeni społeczno-politycznej Polski, podobnie jak miało to miejsce tuż przed rozbiorami I Rzeczypospolitej w XVIII wieku, lecz w nieco odmiennej konfiguracji. Jak owo starcie wpłynie na samą Polskę i Polaków możemy jedynie spekulować. Doświadczeni historią możemy jednak pokusić się o wielce prawdopodobne stwierdzenie, że wszelkiego rodzaju próby nacisków ze strony naszych dwóch największych sąsiadów spotkają się ze zdecydowanym oporem.

Czyżby Polska skazana była, na niekończący się koncert swoich dwóch największych sąsiadów?

18
paź
09

Ach, te wizyty..

putin wen jinbao

Kilka dni temu, byliśmy świadkami wizyty premiera Federacji Rosyjskiej, Władymira Putina, w Państwie Środka. Oficjalnie, wizyta miała przyczynić się do umocnienia bilateralnych relacji na linii Moskwa – Pekin, jednak  mniej oficjalnie obie strony dyskutowały zapewne nad problemem irańskiego atomu. W wyniku fiaska rozmów na spotkaniu g5+1 + Iran w Genewie, oba mocarstwa dyskutowały zapewne, nie w jaki sposób zastosować sankcje względem Iranu, lecz prawdopodobnie, jak nagiąć twarde stanowisko USA, do swych własnych interesów.

Współpraca azjatyckich gigantów, czyli i Rosji i Chin, ostatnimi czasy układa się nadzwyczaj dobrze. Czynnikiem cementującym strategiczną przyjaźń, są w tym przypadku niewątpliwie więzi gospodarcze. W dobie kryzysu, Moskwa szuka w chinach nie tylko gwaranta jej politycznych ambicji, lecz przede wszystkim, zastrzyku gotówki w postaci inwestycji Państwa Środka w rosyjską gospodarkę. Rozwijający się w błyskawicznym tempie, chiński olbrzym stara się zabezpieczyć dla siebie jak największą ilość źródeł, względnie tanich, surowców. Zbieżność interesów w kwestiach ekonomicznych, przekłada się na stabilny szkielet udanych relacji politycznych. Oczywiście w relacjach tych, istnieje jeszcze jeden, lecz bardzo istotny element, który determinuje strategiczne partnerstwo Moskwy i Pekinu. Elementem tym, są oczywiście Stany Zjednoczone, których interesy krzyżują się, bądź też wzajemnie wykluczają z rosyjsko-chińskimi.

Podróż premiera Putina do największego sąsiada Rosji, przyniosła jak najbardziej wymierne korzyści. W trakcie spotkania chińskich biznesmenów z towarzyszącymi Premierowi, przedstawicielami rosyjskiego świata biznesu, doszło do podpisania kilku, bardzo istotnych kontraktów, łącznie na kwotę 3.5 miliarda dolarów. Zawarto również umowę ramową, dotyczącą sprzedaży oraz dostaw syberyjskiego gazu do Państwa Środka. Początek dostaw rosyjskiego surowca planowany jest na rok 2015. Obok umów dotyczących gazu, dwa giganty rynku paliwowego, rosyjski Rosnieft oraz chińskie CNPC, podjęły wspólny projekt budowy rafinerii, która zlokalizowana niedaleko od Pekinu, będzie w stanie przerobić rocznie prawie 110 mln baryłek ropy. Pozostałe kontrakty, zawarte podczas wizyty rosyjskiego premiera dotyczą m.in. inwestycji w infrastrukturę drogową, kolejową, budownictwo oraz projekty związane z bardziej efektywnym wykorzystaniem energii.

W trakcie wystąpienia na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy, premier Putin powiedział, że “energia tradycyjnie zajmuje kluczową pozycję na globalnej agendzie, co skłania mnie aby przypomnieć o rosyjskiej propozycji stworzenia pewnego mechanizmu dla rozmów na tym problemem w ramach SOW”. Czyżby premier Putin starał się przemycić w ramy SOW idee, o której Moskwa już niejednokrotnie wspominała? Mowa oczywiście o rosyjskiej propozycji, dotyczącej utworzenia kartelu gazowego na wzór OPEC w celu “regulacji” światowych cen tego surowca, tak aby cena pozostawała na wysokim, “nieszkodliwym” dla producentów poziomie. Problem w tym, że Pekin nie jest zainteresowany podobnym przedsięwzięciem. Przyczyną tego jest fakt, że Chiny nie należą do szacownego grona producentów gazu, lecz pozostają głównie jego konsumentem. W poczet państw należących do SOW wchodzą wprawdzie, kraje takie jak Kazachstan, którego rezerwy gazu określane są jako jedne z największych na świecie, oraz pomniejsi producenci gazu, jednak powodzenie podobnej inicjatywy zależy w decydującym stopniu od rządu w Pekinie.

Kwestią pominiętą w oficjalnych rozmowach, lecz zapewne poruszoną na spotkaniach przy zamkniętych drzwiach z chińskimi oficjelami, był z całą pewnością problem irańskiego atomu. Rozmawiano zapewne o tym jak ten problem rozwiązać, a właściwie jak rozwiązać problem USA i Izraela, czyli państw, które pragną powstrzymać lub ograniczyć atomowe ambicje Teheranu. Na temat podobnych spotkań, jak również ich hipotetycznego przebiegu, możemy jedynie spekulować, jednak za pewne możemy przyjąć fakt, iż Moskwa i Pekin jak najdalsze są od ułatwiania życia Stanom Zjednoczonym. Z pewności nie bez uczciwej wymiany na zasadzie coś za coś, targując się przy tym ostro, gdyż takie są reguły tej gry.

Stany, z różnych powodów znalazły się w sytuacji, gdzie Waszyngton daleki jest już od podejmowanych na własna rękę awanturniczych inicjatyw. W zaistniałej sytuacji, grzechem ze strony Moskwy i Pekinu, byłoby nie poświęcenie, jak (nie)donoszą gazety, czasu w celu wypracowania wspólnego stanowiska tak, aby wzmocnić siłę własnych argumentów podczas kolejnej rundy rozmów.

W czasie, kiedy premier Putin poszerzał i utrwalał rosyjsko chińskie stosunki, Amerykańska sekretarz stanu, pani Hilary Clinton, przybyła z dwudniową wizytą do Moskwy. Tematem przewodnim wizyty była, zapewne, również zakulisowa dyskusja na temat irańskiego atomu, natomiast na szczeblu oficjalnym , szeroko komentowanym w rosyjskiej prasie, poruszona została kwestia strategicznego partnerstwa Moskwy i Waszyngtonu.

Za nieco zaskakujące, można uznać końcowe stanowisko strony amerykańskiej, które w wyniku dwustronnych, rosyjsko-amerykańskich negocjacji, uległo diametralnej zmianie. W wyniku rozmów, Hillary Clinton powiedziała, że na sankcje wymierzone w Iran jest w chwili obecnej za “wcześnie“. Rosyjski minister spraw zagranicznych, pan Siergiej Ławrow, wtórował jej twierdząc, że “Rosja jest z zasady powściągliwa względem sankcji dlatego, że te, „rzadko przynoszą efekty”. Zapomniał natomiast dodać, że całkiem nieźle sprawdzają się one np wobec zbuntowanej Gruzji. Mogą również zaskoczyć słowa pani Clinton, która powiedziała, że Rosja była “nadzwyczaj pomocna” w działaniach jakie do tej pory podjęto względem Iranu.

Biorąc pod uwagę poufny charakter rozmów, zapewne ciężko będzie sprecyzować na czym owa pomoc Moskwy ma, bądź miała, polegać. Czyżby Kreml znał, szerzej nie znane fakty, dotyczące nieodkrytego przez wywiad USA wątku? Część analityków jest zdania, że podobne zachowanie Waszyngtonu jest spowodowane tym, że znalazł się on w sytuacji, kiedy powodzenie podejmowanych przez niego akcji zależy d w dużym stopniu od dobrej woli Moskwy. Zapewne stąd niespodziewana zmiana amerykańskiego stanowiska, w myśl zasady, że kiedy rzeczy idą nie po twojej myśli, a nie masz na to żadnego wpływu, udawaj, że tego właśnie oczekiwałeś i takie były twoje założenia, aby nie eksponować swoich słabości.

Czyżby izraelska lista, na której znajdowały się nazwiska rosyjskich naukowców zaangażowanych w prace nad bombą atomową w Iranie okazała się nieprawdziwa? Gazeta, która opublikowała newsa na ten temat, jak mówią specjaliści, jest znana z korzystania wyłącznie ze sprawdzonych źródeł. Fakt, iż publikacja na temat tej listy została usunięta z internetowego archiwum brytyjskiej gazety jest z całą pewnością niepokojący. Czyżby źródło okazało się niewiarygodne? Zapewne tak, natomiast innym wytłumaczeniem może być, czysto hipotetyczna, próba prowokacji ze strony Izraela, mającej na celu zdobycie międzynarodowego kredytu zaufania dla słuszności swej wizji, zagrożenia Iranem, oraz próba dyskredytacji Moskwy w oczach społeczności międzynarodowej. Biorąc pod uwagę obecne stanowisko Rosji względem Iranu, pomijając aspekt geopolityczny, Kreml jawi się jako wyważony rozjemca, orędownik umiarkowanego kursu, przeciwnik przemocy, nawet tej ekonomicznej i obrońca uciskanego państwa ajatollahów. Zakładając, że Izraelski przeciek został sfabrykowany, można jedynie spekulować przez kogo i w jakim celu.

W cieniu tych dwóch wizyt, odbyła się jeszcze jedna, na pozór nie związana z problemem irańskim. Kilka dni temu, na stronach polskiego MSZ, można był przeczytać o planowanej wizycie izraelskiego premiera w Warszawie. Nieco później okazało się, że Warszawę odwiedził jednak wicepremier i minister obrony narodowej Izraela, pan Ehud Barak. Na oficjalnej stronie polskiego MSZ znajdziemy informację na temat tego, że wicepremier Barak przybył na zaproszenie ministra Sikorskiego, jednak część znawców jest zdania, że wizyta była inicjatywą izraelską, natomiast motorem działania Tel-Awiwu była próba demonstracji wobec Moskwy faktu, iż Izrael może zaszkodzić Rosji w obrębie jej bliskiej zagranicy, angażując się we współpracę wojskową z Warszawą.

Czyżby Warszawa stała u progu szansy na faktyczną modernizację swojej armii, za pomocą izraelskiego przemysłu zbrojeniowego? Czas pokaże, natomiast czy teoria ta okaże się prawdziwa, zależeć będzie od Moskwy i tego jak ta, zachowa się w kwestii dozbrajania Iranu. Jedno natomiast jest pewne ponad wszelką wątpliwość, Kreml jak najdalszy jest od przyczynienia się do realizacji wizji silnej, dobrze uzbrojonej polskiej armii. Wobec tego nasuwa się pytanie, czy ważniejszy dla Rosji jest potrafiący się obronić przed potencjalnym atakiem Iran, czy raczej słaba, niewystarczająco zmilitaryzowana Polska.

Wygląda na to, że kwestia atomowych ambicji Iranu będzie punktem zwrotnym w sposobie, w jaki Ameryka do tej pory prowadziła swą politykę zagraniczną. Nie chodzi tutaj o wdrażaną przez Biały Dom, pokojową wizję świata prezydenta Obamy, lecz o fakt, że dostosował on jedynie, realia polityki zagranicznej Stanów do ich faktycznych, tymczasowo obniżonych, możliwości. Uwikłanie Waszyngtonu w kryzys wokół Irańskiego programu atomowego oznacza zmniejszenie uwagi USA w innych regionach świata. Przekłada się to na adekwatny wzrost aktywności, sił dotąd uśpionych, które wysyłają jasny sygnał dla Ameryki mówiący, że skończyły się czasy jednostronnie sankcjonowanych misji, na odległych zakątkach naszego globu, a kryzys irański jest tego doskonałym świadectwem.

Dla wytrwałych, kilkuczęściowy materiał (oto link do reszty, gdyby nie wyświetliła się opcja wyboru kolejnych), poruszający problemy dotyczące kryzysu irańskiego z nieco innej perspektywy, niż prezentowana na co dzień przez poprawne politycznie media. Polecam.

07
paź
09

Irańska ruletka

irańska ruletka copy

Ostatnimi czasy, mieliśmy przyjemność oglądać zmagania największych, mające na celu uregulowanie problemu irańskiego atomu. Byliśmy też świadkami, próby podjętej przez prezydenta Obamę, która polegała na użyciu wobec Rosji, jakże popularnej metody kija i marchewki . Ekipa prezydenta Busha juniora, najczęściej używała kija, efektem czego nastąpiło znaczące pogorszenie relacji na linii Waszyngton – Moskwa.

Nowa administracja Białego Domu postanowiła sięgnąć po marchewkę, w postaci rezygnacji z planów rozmieszczenia elementów BMD (balistic missle defence) w Polsce i Republice Czeskiej. Pomijając kontrowersje na temat, zweryfikowanej przez demokratów, rzekomej nieskuteczności owego systemu, był to ewidentny ukłon w stronę Moskwy. Coś w rodzaju zachęty do porzucenia wzajemnych animozji, oraz zaproszenia do wspólnego rozwiązywania aktualnych problemów. Jak przystało na poważnego gracza, Moskwa ofertę przyjęła z umiarkowaną radością, nie obiecując nic wymiernego w zamian. Waszyngton natomiast spodziewał się bardziej entuzjastycznej, przekładającej się na namacalne korzyści reakcji.

Na temat tego czy decyzja Obamy była decyzją polityczną, podyktowaną chęcią przypodobania się Moskwie w celu umożliwienia przez Kreml realizacji amerykańskich planów względem Iranu, pisało już wielu komentatorów. Oczywiście zdania na ten temat, były i nadal są podzielone. Oficjalna wersja, przedstawiana przez prezydenta Obamę, jest taka, że na decyzję prezydenta miał wpływ jedynie raport na temat zweryfikowanej skuteczności stacjonarnego systemu BMD.

Najbliżsi odpowiedzi na pytanie, jak oficjalna wersja ma się do skompilowanej rzeczywistości, będą za kilka dekad historycy.

Z jednej strony, mając ograniczony dostęp do poufnych danych, możemy jedynie spekulować na temat tego jaką rolę w decyzji prezydenta Obamy odegrał czynnik moskiewski. Z drugiej natomiast doskonale wiemy, że USA znalazły się w sytuacji, w której dobra wola Moskwy jest elementem decydującym o powodzeniu planów Waszyngtonu.

Biorąc pod uwagę tę prostą zależność możemy dojść do wniosku, że wycofanie Waszyngtonu z planów instalacji BMD w Europie Wschodniej było znakiem zachęty dla decydentów Kremla.

Nie bez znaczenia jest również data, jaką prezydent Obama wybrał aby poinformować swych europejskich sojuszników o nieoczekiwanej zmianie planów. Niefortunny, 17-ty września ma dwa wytłumaczenia. Pierwszym z nich to zwykła pomyłka, niedoinformowanie lub pewne braki w zasobach wiedzy, wśród amerykańskich specjalistów od Europy Wschodniej. Drugim wytłumaczeniem, ktoś może zarzucić, że nazbyt ekstremalnym, jest celowy wybór tej daty przez administrację Białego Domu. W razie gdyby Kreml uznał samą rezygnację z planów rozmieszczenia BMD w Europie, jako niewystarczający, nie gwarantujący dobrej woli USA gest.

Jeśli przyjmiemy, że decyzja prezydenta Obamy była w pewnym stopniu podyktowana, niezłomnym stanowiskiem Kremla w kwestii Irańskiego programu atomowego, to z punktu widzenia amerykańskiej racji stanu, była to decyzja słuszna. Obecne zaangażowanie wojsk USA w Iraku i Afganistanie, oraz problemy logistyczne w przypadku Afganistanu a także zależność w wielu kwestiach od Moskwy, skutecznie studzą zapał do konfrontacji, wśród najbardziej nawet krewkich spośród amerykańskich polityków.

Pan Fareed Zakaria w swej książce pod tytułem The Post-American World, porównuje obecną sytuację USA do sytuacji w jakiej znalazła się Wielka Brytania u schyłku świetności imperium. Podobnie jak wówczas Londyn, obecnie Waszyngton zaangażował się w konflikty, które ukazują jego niespodziewaną słabość. Słabość, która jak drobne ślady pęknięć na dotychczas solidnym naczyniu, oznaczają początek końca tego naczynia. Oczywiście, nie końca Ameryki a jedynie pewnego okresu we dziejach ludzkości, którego cechą charakterystyczną była globalna dominacja Stanów Zjednoczonych.

Wracając do tematu, miejscem, w którym należało spodziewać się reakcji Moskwy na hipotetyczne ustępstwa Waszyngtonu, były rozmowy , które odbyły się 1-go października w Genewie. W trakcie spotkania przedstawicieli szóstki możnych tego globu, z irańskimi negocjatorami, nie doszło do żadnego przełomu, tym bardziej konsensusu. Prasa uzyskała i przekazała niewiele informacji, co samo w sobie można uznać za wielce wymowne. Gdyby wypracowano niewielkie nawet, sukcesy, można by je nieco podkolorować, co zadowoliłoby mniej wnikliwych. Tymczasem, jedynym sukcesem jaki udało się osiągnąć i zakomunikować, była zgoda Teheranu na kolejne, zapewne również bezowocne spotkanie.

W jaki sposób przebiegały genewskie rozmowy i która ze stron przyczyniła się do braku rozsądnego porozumienia względem irańskiego atomu, możemy jedynie spekulować.

Generalnie, szóstkę można całkiem łatwo podzielić, według ich intencji względem Teheranu. Pierwszą grupę stanowią państwa, w których interesie leży powstrzymanie atomowych ambicji Iranu, nawet za pomocą sankcji czy w ostateczności, zbrojnej interwencji. Druga grupa, to państwa ostrożnie podchodzące do ekonomicznej przemocy, bo ta godziłoby w ich interesy.

Do grupy pierwszej z całą pewnością można zaliczyć USA oraz Wielką Brytanię. W przypadku Francji i Niemiec sprawa przedstawia się nieco inaczej. Dzieje się tak, z uwagi na zaangażowanie niemieckich i francuskich firm w irańską gospodarkę. Korporacje, należące do europejskiego tandemu, dostarczają Iranowi m.in. maszyn i samochodów, budują elektrownie i drogi, modernizują i rozbudowują sieci przesyłu energii a koncern spożywczy Hochland, buduje w Iranie własne mleczarnie w celu uruchomienia produkcji serów.

Pomijając stanowisko Rosji, która również inwestuje w Iranie, a także Chin, dokonujących zakupów irańskich surowców,  może to właśnie interesy Niemiec, być może w mniejszym stopniu Francji, zaważyły o braku porozumienia względem nowych sankcji?

W dobie dzisiejszego kryzysu, zerwanie więzów gospodarczych z partnerem, który wtłacza w budżet państwa brakujące euro, wydaje się posunięciem nieracjonalnym.

Wracając do elementu rosyjskiego w irańskiej układance, wygląda na to, że Moskwa nie chwyciła, hipotetycznego haczyka i nie dała się przekonać amerykańskim namowom, skierowanym przeciwko gospodarce Iranu. Na decyzje Kremla wpłynął zapewne Pekin, któremu amerykański pomysł sankcji jest zupełnie nie na rękę. Nie należy bagatelizować również, irańskiego zaangażowania kontynentalnej dwójki, czyli Niemiec i Francji.

Dlaczego Moskwa nie chwyciła wspomnianego haczyka? Powód jest prosty: Rosja, jako producent gazu i ropy jest zainteresowana utrzymaniem jak najwyższego kursu sprzedaży tych surowców. W dużym uproszczeniu, im więcej źródeł ropy i gazu na rynku, tym mniej te surowce kosztują. Przeciągający się konflikt wokół państwa Ajatollahów sprawia, że irańskie surowce nie docierają na globalny rynek, co automatycznie gwarantuje wyższe ceny rosyjskiego eksportu.

Miałby rację, ten kto powie, że przecież Moskwa powinna w takim razie zgodzić się na proponowane przez USA sankcje, bo przecież gwarantowały by jej to, o co zabiega, czyli rosnące ceny surowców.

Decydenci Kremla myślą jednak nieco szerzej. Zgoda na sankcje gwarantowałaby wprawdzie wyższe ceny za rosyjskie surowce, jednak nie byłby to efekt trwały lecz tymczasowy. Ewentualne sankcje, w skutkach długoterminowych, wiązałyby się z bardzo prawdopodobną zmianą u sterów w Teheranie. Z cała pewnością na drodze rewolucji, jednak tym razem zdecydowanie antyradykalnej.

Ostatnie wybory prezydenckie w Iranie, dały nam świadectwo istnienia, masowego oporu przeciw Ahmadineżadowi oraz twardogłowym radykałom z jego otoczenia. Ponadto, demonstranci skandowali antyrosyjskie hasła. Wzbudza to uzasadniony niepokój Kremla dlatego, że ewentualna utrata Teheranu, wpłynie negatywnie na wielkomocarstwowe ambicje Moskwy. Być może  zupełnie je przekreśli.

Gdyby Moskwa zgodziła się na niekorzystne dla niej sankcje a tym samym ziściła pre-resetowe marzenia Obamy, utraciłaby tym samym, kruchą sympatię Teheranu. Bez przychylnego Teheranu, kto zajmie część uwagi amerykańskiego molocha, kiedy Rosja zajęta będzie budowaniem nowego ładu bezpieczeństwa w Europie? Albo, kiedy upomni się o swoje, bo leżące na przedłużeniu grzbietu Łomonosowa, surowce Arktyki?

Celowo nie wspomniałem o ewentualnej interwencji zbrojnej, dlaczego? Wygląda na to, że jeżeli mocarstwa nie są w stanie osiągnąć porozumienia względem sankcji a USA ich przeforsować, ryzyko konfliktu, a właściwie ryzyko zgodnego przyzwolenia na interwencje jest minimalne. Choć nie jest też wykluczone. Należy jednak pamiętać, że zasoby Waszyngtonu są obecnie w dużym stopniu zaangażowanie w Iraku i Afganistanie, a ewentualna interwencja bez jednomyślnej zgody szóstki, wiązałaby się z adekwatną reakcją Moskwy i Pekinu.

Część analityków jest zdania, że Moskwa celowo utrzymuje obecną sytuację wokół Iranu po to, aby zaangażować USA w konflikt (niekoniecznie zbrojny), który zmusi je do skupienia swej uwagi oraz poświęcenia niemałych zasobów w celu neutralizowania zagrożenia płynącego ze strony Teheranu.

Ci, bardziej radykalni mówią, że Kreml potajemnie wysyła swoich specjalistów od broni jądrowej do Iranu , aby ci pomogli skonstruować pierwsze głowice nuklearne. Podobno, ostatnia wizyta premiera Netanjahu w Moskwie, została złożona w celu dokonania wyjaśnień względem rzekomych tego dowodów, przedstawionych przez izraelski wywiad. Oczywiście, Kreml zgodnie odpowiada, że to nieprawda.

Spekulacje, spekulacjami, jednak faktem jest, że do porozumienia na szczycie G5+1+IRAN, nie doszło.    Być może dlatego prezydent Obama wysyła wiceprezydenta Bidena do Warszawy i Pragi. Po to aby ten zapowiedział, że w Polsce i Czechach zostaną jednak usytuowane pewne, bliżej niesprecyzowane elementy nowego BMD. Ktoś wspomniał również o potrzebie rozpoczęcia procesu ratyfikacji umowy, zawartej jeszcze za ekipy prezydenta Busha, w której mowa m.in o stacjonowaniu amerykańskich żołnierzy na polskiej i czeskiej ziemi.

Ostatnio, wiele mówi się na temat gasnącej potęgi Stanów Zjednoczonych. Geopolitycy przewidują, że kwestią zaledwie kilku dekad, jest przesunięcie środka ciężkości naszego globu na wschód, w kierunku Azji.

Jak potoczy się gra, w której główną wygraną jest godny pozazdroszczenia, decydujący wpływ, jaki zwycięzca będzie miał na przyszłe losy naszego globu? Na podobnie zadane pytanie, trudno jest dziś jednoznacznie odpowiedzieć. Możemy jednak próbować zrozumieć pewne mechanizmy i zależności, które są nieodłącznymi elementami współczesnych, geopolitycznych szachów.

Żyjemy w świecie, w którym odzywają się uśpione nacjonalizmy, duma narodowa oraz mocarstwowe ambicje budzących się z długiego letargu dawno-minionych potęg, zaczynają agresywnie upominać się o swój kawałek globalnego tortu. Stany Zjednoczone, podobnie jak wcześniej Imperium Brytyjskie, poszło o dwie wojny za daleko. Natomiast, reszta spostrzegła, że nie taki diabeł straszny, jak go malują..

Dla wytrwałych,  krótki wywiad telewizji BBC z Fareedem Zakaria, autorem książki The Post American World.

29
wrz
09

Rosja szykuje nową marynarkę

107987

Obecny stan floty należącej do Federacji Rosyjskiej jest delikatnie mówiąc opłakany. Jednostki, które w dniu dzisiejszym znajdują się w czynnej służbie, wolnym lecz stanowczym dryfem zmierzają ku dawno zasłużonej emeryturze. Podczas ostatnich, rosyjsko – białoruskich manewrów o dwuznacznym kryptonimie ZAPAD 2009 (zachód 2009) prezydent Rosji – Dmitrij Miedwiediew uroczyście oświadczył, iż w ciągu najbliższej dekady zamierza odbudować potęgę morską Federacji. Nasuwa się pytanie czy jest to projekt realny, czy raczej jedynie kolejne z pobożnych życzeń prezydenta Miedwiediewa.

Rosja w swej, tu i ówdzie, chwalebnej historii nigdy nie była prawdziwą  potęgą morską. Wiązało i wiąże się to przede wszystkim z geografią tego ogromnego państwa. Z uwagi na rozmiar lądowych granic, brak naturalnych barier oraz ograniczone zasoby, Moskwa zwykle utrzymywała ogromną armię, bo tylko taka zdolna była zapewnić jej względne bezpieczeństwo. Flota natomiast, była automatycznie tym na czym się oszczędzało, co schodziło na dalszy plan. Właśnie dlatego były premier Wielkiej Brytanii, Winston Churchill podczas rozmów ze Stalinem używał swych wysoce obrazowych porównań, określając Wielką Brytanię jako stworzenie morskie, Rosję natomiast jako lądowe.

Czym jest flota w współczesnym świecie oraz jak ważną odgrywa rolę nie należy chyba wyjaśniać.
Obecnie, największą potęgą morską są Stany Zjednoczone, których dominacji na morzach i oceanach nikt nie jest w stanie zagrozić. Natomiast reszta, obecnych bądź przyszłych, światowych mocarstw próbuje dogonić Amerykę, by podważyć jej, względnie łatwo utrzymywany, prymat. Moskwa nie jest tu wyjątkiem, decydenci kremla doskonale wiedzą, że w przypadku Rosji, różnica miedzy silną a słabą flotą sprowadza się do hamletowego “być, albo nie być”.

Dzieje się tak z uwagi na wspomnianą już specyfikę rosyjskiej geografii. W bardzo dużym skrócie, najważniejsze rosyjskie porty znajdują się nad Bałtykiem oraz nad Morzem Czarnym. Jeżeli spojrzymy na mapę polityczną północnej półkuli, widzimy, że szlaki morskie wiodące do portów nad wymienionymi wcześniej wodami, można w bardzo łatwy sposób zablokować. Używając przy tym relatywnie niewielkich zasobów. Szczególnie, że są to cieśniny, będące wąskim gardłem dla ruchu morskiego, ponadto w przypadku obu akwenów znajdują się w rękach NATO (Turcja, Dania). Czyli sojuszu, który do tej pory postrzegany jest przez Moskwę przez pryzmat rywalizacji.

NATO_ciesn

Oczywiście Moskwa nie może sobie pozwolić na zachowanie obecnego stanu rzeczy, z bardzo prostej przyczyny; w przypadku ewentualnego konfliktu, zachód mógłby bardzo łatwo, angażując relatywnie niewielkie zasoby, skutecznie zablokować zarówno flotę czarnomorska, jak również bałtycką. Nie wspominając o łatwości w egzekwowaniu np embarga czy innego rodzaju sankcji, związanych z dostępem do globalnych szlaków handlowych. Właśnie dlatego prezydent Miedwiediew oświadczył, że silna zmodernizowana flota jest istotnym czynnikiem w przyszłej strategii Kremla. Nie tylko jako gwarant bezpieczeństwa, ale również jako narzędzie realizacji bardziej asertywnych planów.

Jeżeli ufać naszym naukowcom, to w niezbyt odległej przyszłości, lody Arktyki ulegną rozpuszczeniu a bogactwa naturalne pod nimi ukryte będą czekały na śmiałka, który nie tylko głośno wyrazi swe względem ich roszczenia, ale też będzie zdolny do tego aby poprzeć swe argumenty silną i dobrze wyposażoną armią. Wprawdzie Moskwa, w dość widowiskowy sposób, zaprezentowaqła swoje ambicje wzglendem  (jeszcze nie wartej by się o nią zabijać) Arktyki. Jednak aby skutecznie zapewnić sobie realne szanse w wyścigu po ogromne bogactwa, Kreml zmuszony jest zmodernizować swe siły zbrojne. W największym stopniu marynarkę, tak aby wyeliminować wspomniane, stważane przez współczesną geopolitykę zagrożenia.

W dobie ogólnoświatowego kryzysu wpływy z eksportu rosyjskich surowców znacznie uszczupliły budżet federacji. Zdawać by się mogło, że adekwatnie zmniejszono wydatki na zapoczątkowaną przez Władymira Putina, modernizację sił zbrojnych. Prawda jest jednak zupełnie inna. Pieniądze, które rząd przeznaczył na zbrojenia, szczególnie na marynarkę, nie zostały cofnięte. Owszem, do pewnych cięć doszło, jednak konstrukcja nowej floty jest nadal finansowana bez większych opóźnień ( Pomijając modernizację przeznaczonego dla Indii, lotniskowca Admirał Gorszkow, ale to zupełnie inna bajka).

Stratedzy i decydenci kremla mają bardzo jasno sprecyzowane cele, do realizacji których podchodzą z chłodnym pragmatyzmem i żelazną konsekwencją. Pomijając sferę społeczną, której tragizm sytuacji nie rokuje szybkich, i spektakularnych osiągnięć, armia jest miejscem gdzie rządowe inwestycje mają szansę zwrócić się z dużym zyskiem. Wizja silnej, dobrze wyszkolonej i wyposarzonej armii, zaspokaja równierz w pewien sposób tęsnotę za dawną świetnością. Problem w tym, że przyjemna świadomość własnej siły, bardzo szybko rodzi przekonanie o słuszności własnych, wyłącznie, argumentów.

Prezydent Miedwiediew twierdzi, że w momencie, kiedy globalny kryzys uda się przezwyciężyć (wg. Prezydenta nastąpi to w 2011 roku) wydatki na marynarkę i nie tylko na nią znacznie wzrosną. Oczywiście, Moskwa nie będzie w stanie zafundować sobie floty równej bądź zbliżonej do amerykańskiej i to zarówno pod względem ilości jak i jakości. Na pewno nie w ciągu jednej czy nawet dwóch dekad, prawdopodobnie nigdy. Niemniej, zakładając, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, Moskwa uzyska narzędzie, dzięki któremu będzie mogła z większą niż dotychczas skutecznością, dbać o zabezpieczenie własnych interesów w najdalszych nawet zakątkach globu.  Oczywiście nie jest powiedziane, że wyłącznie na płaszczyźnie dyplomatycznej.

rossija.

PS. Znalazłem jeszcze to. Wygląda na to, że  ktoś wyciął z całości dokumentu kawałki, które w samych superlatywach malują obraz rosyjskiej floty i zaprezentował je w tym krótkim filmiku. :)

19
wrz
09

Tarczy Niet!

obama-change

Stało się. Nadzieje zwolenników instalacji amerykańskiej tarczy antyrakietowej właśnie zostały pogrzebane. Przeciwnicy projektu mogą natomiast z radosnym sercem świętować. Przedwczoraj, czyli w 70 tą rocznicę agresji sowieckiej na II Rzeczpospolitą, szefowie rządów Polski i Czech zostali poinformowani o wycofaniu się Waszyngtonu z umowy, którą podpisano pod koniec ostatniej kadencji prezydenta Busha juniora. Czy obecna głowa państwa – prezydent Barack Obama, rezygnując z wcześniejszych ustaleń kierował się krytycznymi uwagami na temat skuteczności samego projektu? Czy raczej krok ten jest ukłonem w stronę Federacji Rosyjskiej, w ramach niepisanego porozumienia w kwestii Irańskiej? Być może odpowiedzią będzie rola jaką Moskwa odegra w procesie regulowania problemu irańskiego. Jedno jest pewne, decydenci Kremla mogą sobie nawzajem pogratulować dobrze wykonanej roboty.

Oczekiwanie/Niepewność

Właściwie już po objęciu fotela prezydenckiego przez Baracka Obamę, projekt instalacji elementów BMD (Balistic Missle Defence) stanął pod wielkim znakiem zapytania. Świeżo upieczony prezydent dał jasno do zrozumienia, że wątpi w rzekomo potwierdzoną testami, skuteczność owego systemu. Część komentatorów twierdzi, że opinia Obamy była w mniejszym stopniu podyktowana oceną skuteczności, raczej wynikiem dwustronnych porozumień pomiędzy Waszyngtonem i Moskwą w ramach resetowania bilateralnych stosunków.

Entuzjaści projektu, z drżącym sercem oczekiwali jednoznacznych, pozytywnych deklaracji i słuchali coraz to nowych przecieków napływających zarówno z USA jak i Rosji. Spekulowano na temat możliwych ustępstw Moskwy w kwestiach istotnych dla USA w zamian za porzucenie planów instalacji tarczy. Sceptycy natomiast radowali się, kiedy przecieki wskazywały na chęć porzucenia projektu przez nową administrację Obamy.

Sama instalacja nie wpłynęłaby bezpośrednio na potencjał obronny Polski dlatego, że przeznaczeniem systemu było przechwytywanie rakiet długiego zasięgu, skierowanych przeciwko USA. Natomiast w razie konfliktu angażującego tarczę, obecność instalacji na terenie Polski mogła być potencjalnie groźna dla niej samej. Jednym słowem, gdyby elementy BMD powstały w Polsce, ta znalazła by się na samym szczycie wrogiej listy priorytetowych celów. O co więc chodziło polskim politykom, kiedy decydowali się na podpisanie umowy z Waszyngtonem?

Z całą pewnością nie o samą budowę tarczy, która właściwie nie dałaby Polsce żadnych wymiernych korzyści. Chodziło o coś zupełnie innego. Mianowicie o gwarancję zaangażowania USA w szeroko pojmowaną, ewentualną obronę polskiej suwerenności. Dlatego, że hipotetyczna agresja na Polskę wiązałaby się z automatycznym atakiem na żołnierzy amerykańskich stacjonujących na jej terytorium. W skrócie chodziło o coś w rodzaju poszerzenia gwarancji zawartych w artykule 5 traktatu Waszyngtońskiego, na którym opiera się strategia obronna NATO.

Katastrofa/Wybawienie

W dniu 17 września, rządy Polski i Czech zostały poinformowanie o wycofaniu się amerykańskiej administracji, z umowy którą z wielkim trudem udało się wynegocjować pod koniec kadencji republikańskiego prezydenta Busha. Z całą pewnością jest to dzień żałoby dla entuzjastów instalacji BMD na terenie Polski. Przeciwnicy natomiast powinni się szczerze radować bo oto nastał dzień, kiedy w końcu, imperialistyczna Ameryka zadecydowała o zmniejszeniu swego zaangażowania w regionie. Oczywiście jest to powód do radości również wśród kręgu moskiewskich polityków. Prawdopodobnie również dla Niemiec, które wspólnie z Rosją pragną stworzenia nowej architektury bezpieczeństwa na starym kontynencie.

Dzień 17 września 2009 jest dla polaków datą szczególną. Szczególną dlatego, że równo 70 lat temu, w czasie gdy Polska próbowała zatrzymać hitlerowską machinę wojenną, została w niespodziewany i haniebny sposób zaatakowana przez sowietów. Wobec niefortunnego zbiegu okoliczności, czyli wyboru, przez prezydenta Obamę, tego właśnie dnia na poinformowanie swych polskich i czeskich sojuszników o zerwaniu umowy – należy zadać sobie pytanie czy było to działanie celowe? Prezydent Kaczyński sugeruje, że tak. Podejrzewam, że prezydent prywatnie przekonany jest, iż Obama zdecydował się na ten właśnie dzień, na wyraźne żądanie Moskwy. A poważniej, nie sądzę aby Waszyngton celowo wybrał tą datę, chociaż jak to mówią – wszystko jest możliwe.

Czy decyzja amerykańskiej administracji wynika z krytycznego podejścia do wątpliwej skuteczności stacjonarnego systemu BMD? Być może, na pewno w jakimś stopniu.
Problem w tym, że wiele czynników wskazuje na zupełnie inną opcję. Oczywiście mowa tu o roli jaką Moskwa może i powinna odegrać, w procesie rozwiązywania kryzysu wokół programu atomowego Iranu. Zgadzam się z opinią redaktora Wołejko, który twierdzi, iż Moskwa w relacjach z Teheranem nie ma rzeczywistego wpływu na ten ostatni. Ale w wachlarzu możliwości kremla jest choćby zgoda na proponowane przez zachód sankcje. Osobiście, nie jestem bezkrytycznym zwolennikiem sankcji, jednak w pewnych okolicznościach są one po prostu niezastąpione. Szczególnie gdy alternatywą jest konflikt zbrojny o nieprzewidywalnym wpływie na globalny system bezpieczeństwa.

Jeżeli Waszyngton nadal nie wyklucza żadnej opcji, to w mocy Kremla jest również umożliwienie realizacji izraelskich planów ataku na instalacje nuklearne w kraju ajatollahów. Pewne źródła donoszą, że przy budowie elektrowni atomowej w Buszerze pracuje wielu rosyjskich inżynierów i specjalistów, dlatego niespodziewany atak na te instalacje oznaczałby dla agresora spore kłopoty. Być może właśnie z tego powody, premier Izraela Benjamin Netanjahu odbył ostatnią „półoficjalną” wizytę do Moskwy. Podejrzewam, że nawet gdyby prezydent Obama wstrzymał się z agresją – Izrael sam świetnie by sobie poradził. Oczywiście niezbędne jest zielone światło ze strony Moskwy i gwarancje, że Rosja nie dostarczy, obiecanych Teheranowi, systemów obrony przeciwlotniczej przed ewentualnym atakiem.

Czy prezydent Obama, podejmując ostateczną decyzję względem instalacji BMD w Polsce i Czech, kierował się najnowszymi testami jej skuteczności? Prawdopodobnie tak, pytanie tylko w jakim stopniu. Wprawdzie nie przekonują mnie „najnowsze”, zrewidowane prze z administrację Obamy testy, jednak w pewien sposób przemawia do mnie decyzja o rozwoju mobilnego systemu BMD, którego podstawową zaletą jest mobilność właśnie . Ma to sens, z bardzo prostej przyczyny – ruchome elementy systemu będą dużo trudniejsze do zniszczenia dla ewentualnego agresora. Jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to właśnie sceptycyzm Moskwy względem amerykańskiego projektu odgrywał decydującą rolę w trakcie podejmowania decyzji przez prezydenta Obamę.

I co dalej?

Należy zadać sobie fundamentalne pytanie: czy rezygnacja z wcześniejszych ustaleń między rządami USA, Polski i Czech oznacza definitywne zmniejszenie zaangażowania Ameryki w regionie?
Pytanie na pozór banalne, jednak dla Europy Wschodniej niezwykle istotne. Jeżeli administracja Obamy w ramach resetowania stosunków z Rosją, postanowiła wycofać się nie tylko z projektu BMD, lecz również z wzajemnej współpracy wojskowej i eksportu technologii z nią związanych – oznacza to próbę zaciśnięcie współpracy z Moskwą do poziomu, w którym rola państw europy wschodniej, jako buforu przed ekspansją Kremla, będzie marginalna lub zupełnie straci rację bytu. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że teoria jest nieco „na wyrost”, jednak powinniśmy teraz bardzo uważnie śledzić rozwój wydarzeń. Na szczególną uwagę zasługuje rola jaką Moskwa odegra w trakcie najbliższych negocjacji w kwestii Iranu i jego programu nuklearnego. Istotnym, z punktu widzenia Warszawy i innych krajów regionu, będzie kształtowanie się przyszłych relacji na linii Moskwa – Waszyngton. Wnikliwa ich obserwacja powinna nam, wcześniej czy później, przynieść odpowiedź na nurtujące nas pytania.

rossija.

Więcej tekstów oraz autorów na portalu  Polityka Globalna
13
wrz
09

Chavez w objęciach Niedźwiedzia

Russia Venezuela

Prezydent Wenezueli, Hugo Chavez podczas swojego tournée po zaprzyjaźnionych stolicach odwiedził Moskwę. W trakcie wizyty, obok rozmów z prezydentem Miedwiediewem i premierem Putinem, doszło do podpisania kilku porozumień dotyczących energii, handlu i zbrojeń. Analitycy twierdzą, że mimo faktu, iż umowy należą raczej do symbolicznych – to ogólna tendencja zbliżeniowa między Caracas i Moskwą ma na celu odtworzenie zimno-wojennych stosunków Rosji z Ameryką Południową.

Jednym z najważniejszych ustaleń, zawartych podczas dwudniowej wizyty Chaveza w Moskwie, jest umowa dotycząca współpracy przy eksploatacji ogromnych złóż ropy naftowej, zalegającej na trudno dostępnych głębokościach w dorzeczu Orinoko. Problem polega na tym, że ropa z tych pól będzie bardzo kosztowna, biorąc pod uwagę, niezbędne do wydobycia surowca, nakłady finansowe i technologie (których Wenezuela nie posiada). Specjaliści wskazują na jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt. Otóż nie jest jasnym czy Moskwa zgodzi się na inwestycje w pola naftowe z których surowiec, z racji położenia Wenezueli, najprawdopodobniej będzie sprzedawany do USA.

Problemy z pozyskaniem przez Wenezuelę kapitału wynikają, podobnie jak w Rosji, z postawy rządu względem niezaprzyjaźnionego kapitału. Krótko mówiąc, kiedy do władzy doszedł Chavez, zaczęto na masową skalę nacjonalizować pola naftowe znajdujące się w rękach międzynarodowych, głównie zachodnich koncernów. Problem pojawił się dopiero w momencie, kiedy brak zachodnich technologii oraz kapitału, czyli czynników niezbędnych w eksploatacji trudno dostępnych złóż, wpływa negatywnie lub nawet uniemożliwia wydobycie surowca.

Podczas wizyty podpisano również szereg umów na zakup rosyjskiego uzbrojenia. Transakcje mają być fundowane z pożyczki jaką Caracas uzyskało od Rosji. Nie jest do końca pewne czy Moskwa uruchomiła nową pożyczkę, czy raczej mowa jest o tej, która została udzielona Wenezueli w zeszłym roku. Obok wcześniejszych zamówień, tegoroczne opiewają m.in. na blisko setkę czołgów T-72 i T-90, około 20  systemów obrony przeciwlotniczej Tor- M2E, 24 myśliwce su-30, ponadto kilkadziesiąt helikopterów i samolotów transportowych.

Potrzebę dozbrojenia wenezuelskiej armii, Chavez argumentuje zwiększoną obecnością wojsk amerykańskich m.in. w Kolumbii. Nawiasem mówiąc, specjaliści twierdzą, że zakupione czołgi nie będą przydatne w razie ewentualnego konfliktu z uwagi na rodzaj terenu w którym przyszło by prowadzić działania. Znawcy podpowiadają, że Caracas pragnie wejść w posiadanie czołgów ponieważ rząd Chaveza nie należy do najstabilniejszych, dlatego prezydent pragnie mieć wspomniane czołgi w odwodzie, aby w razie wewnętrznych niepokojów móc wyprowadzić je na ulice.

Istotnym z punktu widzenia Moskwy, jest fakt uznania przez prezydenta Wenezueli niepodległości dwóch zbuntowanych gruzińskich prowincji – Abchazji oraz Osetii Południowej, które zostały faktycznie oderwane od Gruzji przez Rosję w wyniku zeszłorocznego konfliktu na Kaukazie. Moskwa stara się pozyskać jak największą liczbę państw, które ryzykując dobre relacje z „jeszcze największym mocarstwem”, zdecydowałyby się na uznanie niepodległości wspomnianych prowincji. Do tej pory, Kremlowi udało się nakłonić do podjęcia tego kroku jedynie trzy państwa. Oczywiście Rosję, Nikaraguę i – o czym zadecydował Chavez w trakcie swego pobytu w Moskwie – Wenezuelę.

Hugo Chavez jest jednym z tych polityków, którzy kreują i utrzymują poparcie swego elektoratu poprzez agresywny anty – amerykanizm. Ostatnia wizyta prezydenta Wenezueli w stolicy Rosji świadczy o zaniepokojeniu Caracas ewentualnym konfliktem z USA, dlatego w myśl powiedzenia “wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”, Chavez szuka patrona wśród państw wrogich Ameryce. Doskonałym kandydatem na takiego opiekuna jest Rosja, która z kolei pragnie odbudować swe wpływy w Ameryce Południowej. Nie bez znaczenia dla Kremla jest zaangażowanie USA na Kaukazie i Ukrainie, dlatego w duecie Moskwa – Caracas bardzo istotnym czynnikiem jest podejmowana przez Rosję próba rewanżu za ingerencję Waszyngtonu w „nieswoje strefy wpływów”. W układzie tym, Moskwie chodzi przede wszystkim o to aby pokazać USA, że skończyły się czasy imperialnego monopolu, kiedy to Ameryka rozstawiała wszystkich po kątach wedle własnego uznania a nastały czasy, kiedy Waszyngton musi liczyć się ze zdaniem Niedźwiedzia.

rossija.

26
sie
09

Pakt, który zmienił Europę

molotov-ribbentrop-stalin

Właśnie minęła 70-ta rocznica podpisania paktu Ribbentrop – Mołotow, który jak twierdzi wielu historyków był preludium do wybuchu II wojny światowej. Istnieją duże rozbieżności w interpretacji tych wydążeń. Szczególnie wyraźnie widać to kiedy porównamy stanowiska Polski i Rosji. Tymczasem już za kilka dni będziemy świadkami wizyty premiera Putina w Polsce. Nasuwa się pytanie, czy rozbieżności w ocenie tamtych wydarzeń umożliwią niezakłócony przebieg uroczystości.

W latach 30-tych zeszłego wieku, II Rzeczpospolita znalazła się na równi pochyłej i konflikt z którymś z dwóch wielkich sąsiadów był nieunikniony, pozostawał jedynie kwestią czasu.
Problem polski polegał na tym że nie mogła i nie chciała związać się z hitlerowskimi Niemcami przeciwko Stalinowi, z którym notabene miała podpisany pakt o nieagresji. Nie mogła również, znając doskonale postać Stalina i wiedząc do czego był zdolnym, wystąpić ze stalinowską Rosją przeciwko Niemcom. Konsekwencją tego była zmowa mocarstw mająca na celu eliminacje gracza, który z uwagi na niefortunne położenie miedzy dwoma ekspansyjnymi ideologiami został skazany na zagładę.

W kilka tygodni po tym kiedy Hitler podbił Polskę, Armia Czerwona wkroczyła na wschodnie tereny II rzeczpospolitej. Stalin doskonale wiedział że aby zapewnić sobie spokój na zajętych terytoriach musi wyeliminować wszelkie ogniska oporu. Stąd rozkaz zamordowania wielu tysięcy polskich oficerów, naukowców, urzędników czyli elity, która mogła inspirować i organizować opór wobec okupanta. Z jednej strony podobny czyn był czystym barbarzyństwem, z drugiej jednak minimalizował ryzyko niepokojów i destabilizacji. Rosjanie widzą to właśnie w ten sposób – jako okrutną konieczność, do której Stalin musiał się posunąć aby zapewnić bezpieczeństwo własnym obywatelom. Rosjanie rozumieją, że do podjęcia tak bestialskiej a zarazem “słusznej” decyzji potrzeba było kogoś równie wielkiego jak on. Nawiasem mówiąc, ostatnio rosyjscy historycy zaczęli podejmować próby zrzucenia ze Stalina winy za zamordowanie polskich oficerów tłumacząc, że za rozkazem wymordowania stał Beria. Znamienny bo mający na celu uczłowieczenie Stalina zabieg jest bardzo wyraźnym odbiciem tego w jaki sposób rosyjskie społeczeństwo postrzega i ocenia byłego przywódcę ZSRR.

Podejmując próbę oceny Stalina posługując się powiedzeniem – „miarą wielkości człowieka nie jest liczba ofiar które ma na sumieniu ale to co osiągnął” możemy dojść do zaskakujących wniosków. Kierując się tą logiką, chyba najbardziej niepokojące jest stwierdzenie, iż ofiary komunizmy były konieczne, mało tego, były niezbędne, aby osiągnąć to czego dokonał Stalin. Dla Rosjan fakt, iż były przywódca ZSRR decydował się na ofiary sprawia, że staje się on w ich oczach jeszcze większy. W myśl zasady, że ofiary były koniecznością i musiały zostać złożone na ołtarzu poświęcenia po to aby naród rosyjski wraz z podległymi mu podmiotami mógł wzrastać w duchu komunizmu i zająć należna mu pozycje w świecie.

Wielu rosjan uważa, że liczba ofiar stalinowskich świadczy jedynie o przenikliwości wodza który w trosce o dobro ogółu nie wahał się przed wydawaniem trudnych rozkazów. Natomiast moralna ocena reżimu Hitlera, dokonana przez naród niemiecki jest zdecydowanie negatywna. Niemcy w wyniku przegranej wojny i w świetle rzuconym na hitlerowskie zbrodnie przyznały się się do oczywistej winy. Rosjanie z kolei widzą sprawę zupełnie inaczej dlatego, że to właśnie oni kosztem wielu milionów ofiar zadali Niemcom decydujący cios. Wbrew dziesiątkom, głównie amerykańskich, filmów na temat inwazji w Normandii oraz propagandy odnośnie roli zachodnich aliantów, to właśnie Stalin na froncie wschodnim zadał Niemcom najpoważniejsze straty a jednocześnie poniósł największą ofiarę w ludziach. Nie łatwo więc będzie zmienić sposób w jaki Rosjanie postrzegają zarówno swojego wodza jaki i wydarzenia poprzedzające wybuch wojny. Dla nich pakt Ribbentrop – Mołotow był jedynie wybiegiem Stalina, mającym na celu kupienie ZSRR więcej czasu na przygotowania do nieuniknionej konfrontacji z hitlerowcami. Oczywiście Stalin nie miał pewności, że Niemcy zaatakują Związek Radziecki. Mimo faktu, iż ostrzegali go o tym zarówno wojskowi jak i jego najbliższe otoczenie, Stalin do końca czyli aż do momentu samego ataku nie wierzył, że Adolf Hitler ma w planie inwazje na ZSRR. W świetle tych informacji, próba przedstawiania przez Rosjan paktu jako sprytnego wybiegu którego zadaniem było kupić czas jest co najmniej nie trafiona. Stalin był przekonany że Niemcy po zajęciu, ustalonych tajną klauzulą, zachodnich ziem Rzeczpospolitej skierują swą machinę wojenną na zachód pozostawiając w spokoju wschodniego sojusznika. Właściwie Stalin miał w tym punkcie rację, jednak nie przewidział, że Francja podda się właściwie bez walki a tym sammym Hitler skusi się na złamanie podpisanych zobowiązań.

Obecna, 70-ta rocznica podpisania paktu schodzi się z wizytą Putina w Polsce z okazji 70-tej rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Po obu stronach jest wiele rozbieżności jednak czy wola poprawy obustronnych relacji okaże się silniejsza niż zadawnione animozje? Nieprzypadkowo w czasie wizyty rosyjskiego premiera będą prowadzone rozmowy dotyczące umów na dostawy surowców dla Polski. Czyżby Rosja postanowiła się w ten sposób zabezpieczyć przed podejmowanymi przez pewne polskie kręgi nachalnymi próbami rewizji jej historii? Najprawdopodobniej tak, jednak nie możemy im tego zarzucić jako, że jest to raczej normalna praktyka przy tego typu wizytach.

Obecna sytuacja, mimo oczywistych różnic pod pewnymi względami przypomina tą z późnych lat 30 – tych zeszłego wieku. Podobnie jak wtedy, Polska znajduje się miedzy „młotem a kowadłem”. Oczywiście Niemcy i Rosja wykazują zdecydowane różnice miedzy ich odpowiednikami sprzed ponad 70 lat, jednak nadal jesteśmy przedmiotem ich polityki, nie partnerem. Problem pojawia się w momencie kiedy współczesna Rosja nie czuje się winna stawianym im przez polaków zarzutom. Oczywiście nie jest możliwym bezkrytyczne przyjecie polskiego stanowiska, natomiast jak najbardziej na miejscu są dwustronne rozmowy na ten temat, raczej na szczeblu eksperckim niż rządowym. W przeciwnym wypadku polsko rosyjskie relacje będą na tym coraz bardziej cierpieć.
Jeżeli chodzi o Niemcy, te z wielką łatwością wygrywają walkę o polskie serca i umysły dlatego, że udało im się odnaleźć wspólną płaszczyznę w postaci ideii integrowania Europy, w której to właśnie nasi zachodni sąsiedzi grają pierwsze skrzypce.

Polska nie powinna mówić Rosjanom jak maja się rozliczać z własną historią, bo to tylko zaogni dwustronne relacje. Pozostaje nam jedynie czekać na moment kiedy nasi wschodni sąsiedzi sami dojrzeją do pełnej i trzeźwej oceny mitu Stalina. W prawdzie, w Rosji są osoby które dostrzegają tragedię zarówno ówczesnej Polski jak i ofiar komunizmu, jednak pozostają one w zdecydowanej mniejszości. Dlatego nie sadze aby rosyjscy intelektualiści w dającej się przewidzieć przyszłości zdecydowali się, w przeciwieństwie do niemieckich, na wystosowanie listu przepraszającego za krzywdy jakich Polska doznała od ZSRR. Przyczyna jest bardzo prosta – obecni gospodarze kremla świetnie znają swoje społeczeństwo, a to jednoznacznie ocenia Stalina, jego działania i metody jako słuszne i uzasadnione. Zakładając, że na kremlu pojawiła by się wola pojednania i rozliczenia z wspólna historią, w co wątpię, bardzo trudne będzie odnalezienie satysfakcjonującego obydwie strony kompromisu.

Dla wytrwałych, polecam obszerny materiał poświęcony polityce mocarstw przed i w czasie II wojny światowej (link do reszty tu, gdyby nie wyświetliła się możliwość wyboru kolejnych części).

rossija.




RSS Rossija

Blog Stats

  • 11,556 hits

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.