Zapewne część z Państwa, przeglądając zachodnią prasę, spotkała się z określeniami “polish concentration camp”, bądź “polish death camp” odnoszącymi się do hitlerowskich obozów zagłady powstałych podczas II Wojny Światowej na terenie Polski. Podobne określenia są nie tylko fałszywe, wprowadzające w błąd czytelnika, lecz również krzywdzące dla pamięci wielu milionów polaków którzy obok żydów stanowili większość ofiar faszystowskiego terroru.
Należy położyć kres tej szczególnej formie ignorancji, zanim będzie za późno na podjęcie jakichkolwiek skutecznych działań.
Gorąco zachęcam do wyrażenia swojego poparcia dla inicjatywy podjętej przez Kosciuszko Foundation, gdyż sprawa nie jest jedynie problemem amerykańskiej polonii, lecz dotyczy nas wszystkich. Jeśli temat nie zostanie potraktowany z należytą uwagą już dziś, przyszłe pokolenia polaków zostaną skazane na beznadziejną walkę z wiatrakami w miejscu gdzie tworzy się zbiorowa świadomość naszych zachodnich sojuszników.
Szerzej o sprawie pisała m.in. gazeta, natomiast w tym miejscu można przeczytać wywiad z panem Alexem Strożyńskim, prezesem Kosciuszko Foundation.
Swoje poparcie dla inicjatywy mogą Państwo wyrazić pod tym adresem.
Niedawno odbyła się druga, decydująca tura wyborów prezydenckich na Ukrainie. Nasi wschodni sąsiedzi tłumnie ruszyli do urn, aby mimo przejmującego mrozu spełnić swój obywatelski obowiązek. W tym roku każdy głos się liczył, walka szła na szable między post-pomarańczową Tymoszenko a błękitnym, choć nie tak nepotycznie jak 5 lat temu, Janukowyczem. Z niewielką przewagą wygrał Janukowycz kandydat pro-moskiewski. Mimo faktu, iż określenie pro-moskiewski powoli nabiera charakteru kontrowersji, jestem przekonany, że reakcja Rosjan jest wystarczającym dlań usprawiedliwieniem.
Sytuacja po wyborach mimo ogłoszenia zwycięzcy jest jeszcze niespokojna i jeszcze prawdopodobnie długo pozostanie. Tymoszenko, niezadowolona z rzekomych nieprawidłowości i uchybień, czy wręcz fałszerstw, odgraża się zaskarżeniem wyników. Rzeczywistość jest jednak bardziej brutalna niż wierzy w to sama niedoszła pani prezydent. Cisza w Europie na temat rzekomych oszustw jest niezwykle wymowna. Być może szczęścia spróbują jeszcze możni na wygnaniu, ale rzecz nie ma i nie znajdzie szerszego poparcia na zachodzie. Obecnie są to raczej głośne przepychanki przed przyszłym obsadzaniem stanowisk, niż realistyczna, faktyczna chęć podważenia wyników głosowania.
Co dalej?
Mimo entuzjastycznych komentarzy redaktorów z gazet wszelakich, szumnych zapowiedzi sztabu Janukowycza na temat UE, oraz spekulacji względem pierwszej symbolicznej wizyty świeżo upieczonego prezydenta do Brukseli, oraz wróżenia, że nie będzie tak źle – nastąpiło polityczne przesunięcie Kijowa na wschód, z wszystkimi tego konsekwencjami. Moskwa już nie walczy o zabezpieczenie zagrożonego pomarańczową Ukrainą “podbrzusza”, więc swe zasoby zaangażuje gdzie indziej. Specjaliści wskazują Kaukaz i Kraje Bałtyckie. Na kaukazie należy zrobić porządek z radykalnymi ekstremistami i Gruzją, natomiast w krajach bałtyckich zadbać o bezpieczeństwo własnych uciskanych obywateli, oraz na poważnie zająć się próbami przekłamywania historii.
Bezkompromisowy jak sam bohater
Wraz ze zmianą władzy w Kijowie zaczął wiać nieprzychylny dla Warszawy wiatr, choć konsternacja dała o sobie znać już przed wyborami. Ustępujący Prezydent Juszczenko postanowił na koniec swej politycznej kariery zafundować Ukrainie kolejnego bohatera. Każdy naród potrzebuje swych symboli, wszak bez narodowych herosów tożsamość narodowa nie znajduje zakotwiczenia, obumiera. Problem polega na tym, że nowy bohater Ukrainy to nie kto inny lecz Stepan Bandera we własnej osobie. Pan odpowiedzialny za masowe morderstwa dokonywane na Polakach podczas II wojny światowej na terenach należących przed wojną do II Rzeczypospolitej.
Krok na jaki poważył się prezydent Juszczenko jest bezspornie czynem brawurowym, by nie powiedzieć – szalonym. W czasach, gdy wszelkie reminiscencje nazizmu tępione są w europie z bezwzględnością, prezydent Juszczenko proponuje, żeby bohaterem Ukrainy został pan który z faszystami kolaborował i który w swych działaniach uciekał się do ich metod. W tym przypadku intencje nie powinny rzutować na sam fakt kolaboracji. Nie w realiach współczesnej political correctness.
Używając logiki pomarańczowego prezydenta, muzeum Pergamońskie w Berlinie można by przemianować na muzeum im Hermana Goeringa, wszak niemiecki patriota był mecenasem sztuki i walczył za ojczyznę.
Czy decyzja prezydenta podyktowana była zwykłym szaleństwem, nieznajomością współczesnych realów, niewrażliwością na nie, czy wreszcie swoistym aktem desperacji w obliczu świadomości końca własnej kariery politycznej?
Jako polityk, tymczasowo (prawdopodobnie bez odwołania) przegrany, lecz jako “prawdziwy” Ukrainiec, niezłomny i bezkompromisowy. Symboliczny męczennik z ramienia FSB a zarazem prawdziwy strażnik słowa wpisanego w złoty trójząb Rurykowiczów. Tymczasowo uśpiony, lecz w każdej chwili gotowy do działania. Do czasu aż nadejdzie kolejny dobry moment. Pytanie tylko czy nadejdzie, gdy Rosjanie z Niebieskimi ugruntują już swoją pozycję.
„Pax Europeana” Miedwiediewa - nie oficjalnie, lecz po cichu
Pod koniec zeszłego roku na stronie kancelarii prezydenta federacji rosyjskiej pojawił się dokument noszący roboczą nazwę – “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim”. Roboczej, ponieważ była to propozycja skierowana do europejskich kolegów, dotycząca palącej potrzeby zmiany układu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Wymagająca akceptacji, a więc zapewne i zmiany tytułu, aby stanowić kęs zdatny do przełknięcia dla samej Ameryki, oraz dla jej “śmiesznych i nierozsądnych” przyjaciół w Europie. Rosjanie jako przykład, gdzie braki w systemie bezpieczeństwa zawiodły wskazali konflikt w Gruzji z sierpnia 2008 (choć polska wiki już informuje, że była to wojna w Osetii południowej), oraz rozwiązanie z międzynarodowym “rozbiorem” Serbii.
Doradcy prezydenta Miedwiediewa uważają, że gdyby Moskwa miała więcej do powiedzenia we wspomnianych kwestiach, do obydwu tragedii mogłoby nie dojść. Choć nie można też wykluczyć, czegoś krańcowego odmiennego. Wracając do samej propozycji, budzi ona słuszne kontrowersję ponieważ oznacza de facto uznanie rosyjskiej strefy wpływów. Tymczasowo chodzi o Ukrainę, Kaukaz, oraz kraje Azji Środkowej. Rosja domaga się uznania prymatu jej interesów na tych obszarach. A więc koniec z dywersyfikacją, partnerstwem dla demokracji czy kolejną chwytliwie nazwaną fanaberią zachodnich PR-owców.
Cisza Berlina, była bardzo wymowna, premier Berlusconi próbował nawiązać dialog, natomiast ostatnio prezydent Sarkozy zaskoczył chyba wszystkich, łącznie z Karlą Bruni.
Wygląda na to, że istnieje jakaś niepisana umowa pomiędzy prezydentem wszystkich Francuzów oraz prezydentem wszystkich Rosjan z przyległymi nacjami. Prezydent Sarkozy zdecydował, że odsprzeda Rosjanom okręt desantowy plus kilka innych sztuk uzbrojenia, które poszerzą rosyjskie ultima ratio regum. Tranzakcja wpłynie negatywnie na obecny układ bezpieczeństwa na przestrzeni EŚW, dając znaczącą przewagę Moskwie. Czy można tak samemu, zaraz po tym jak wstąpiło się do NATO sprzedawać broń do kraju, który uważa sojusz za głównego rywala? I to bez szerszej debaty na temat zaproponowanej przez ów kraj umowy dotyczącej zmiany układu sił? Wygląda na to, że można. Prezydent Sarkozy jest żywym, chodzącym przykładem.
W szerszym kontekście zaskakuje również przyzwalające milczenie Berlina. Jeśli dobrze się zastanowić umiarkowana reakcja stanów zjednoczonych sugeruje, że jesteśmy właśnie świadkami wejścia w życie umowy nazwanej roboczo “projekt umowy o bezpieczeństwie europejskim” autorstwa prezydenta Miedwiediewa. Umowa, której nazwa właściwa niedługo powstanie jest oczywiście niepisana, choć spisana została przez zespół doradców rosyjskiego prezydenta.
Prezydent Miedwiediew jest twardym Rosjaninem choć “liberałem”, który w przeciwieństwie do premiera Putina rozumie, że współpraca z zachodem będzie owocna przez co korzystniejsza niż wyniszczające spory. Zachód potrzebuje wyraźnego sygnału, że Rosja z którą współpracuje to Rosja według Miedwiediewa, nie Rosja według Putina. Reakcje kręgu prezydenta wykazują zrozumienie zachodnich obaw, oraz chęć do współpracy a także świadomość, że potencjalnym rywalem Moskwy jest Pekin, nie Zachód. Natomiast gwardia Putina boi się zmian o czym pisze sam prezydent Miedwiediew.
Tymczasem zachodnia prasa już uruchomiła serię stonowanych, melancholijnie – optymistycznych tekstów o trudnej historii i obiecujących perspektywach. Część Europy jest już przekonana, pozostałych będą przekonywać. Powoli i z wyczuciem, aby uniknąć niepotrzebnej paniki. W chwili obecnej piłka jest w rekach Miedwiediewa. To od niego zależy jak potoczy się dalsza gra o europejskie bezpieczeństwo. Pozostaje tylko zapytać: Quo Vadis Россия?
Kilka tygodni temu, prezydent Kaczyński wystosował “spóźniony” list do swego rosyjskiego odpowiednika, zapraszając głowę państwa na 65 rocznice wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau przez Armię Czerwoną. Wcześniej wiele spekulowano na temat symboliki podobnego przedsięwzięcia, pisało na ten temat wielu komentatorów. Część poszła w swej życzeniowej improwizacji nieco dalej – stawiając polską głowę państwa wśród zasłużonych europejczyków (Merkel, Sarkozy, Berlusconi, a wcześniej Chirac, Schroeder) podczas celebrowania majowego zwycięstwa nad faszyzmem, jako widoczny i namacalny symbol poprawy klimatu pomiędzy Warszawą i Moskwą. Znając negatywną odpowiedz prezydenta Miedwiediewa, powstaje pytanie, co spowodowało jego niechęć względem, nierealnej jak się okazało, inicjatywy prezydenta Kaczyńskiego?
Prezydent Rusofob?
Pan prezydent stoi na straży polskiej suwerenność nieprzerwanie od momentu objęcia urzędu prezydenckiego w 2005 roku, choć krytycy twierdzą, że różnie mu to wychodzi. Warto jednak przypomnieć, że nie łatwo jest dbać o interesy kraju, który znajduje się w punkcie przecięcia wpływów dwóch, dyżo większych sąsiadów. Historia jest tego wyraźnym świadectwem. Uczy, że każdy potencjalny sukces Warszawy, oznacza adekwatne zmniejszenie wpływu Moskwy, bądź Berlina.
Niestety w obozie Pisowców ducha kompromisu zastąpiła konfrontacja, niekiedy infantylna, często jednak słuszna (w założeniach), lecz przejaskrawiona i przewartościowana przez nieprzychylne media. Zwolennicy szeroko rozumianego kompromisu, zarzucali prezydentowi działanie przeciw interesom państwa. Zarzut niezwykle poważny, mający sens przede wszystkim w odniesieniu do krytykowanych środków, nie celów.
W kontekście odmowy zaproszenia, warto wziąć pod uwagę zdecydowaną reakcję prezydenta Kaczyńskiego na rosyjską interwencję w Gruzji, zaangażowanie na rzecz poprawy stosunków Ukraińsko – Polskich, oraz sprzeciw wobec rosyjsko niemieckiego projektu Nord Stream. Podobne działania można oczywiście nazwać rusofobią, choć można też inaczej. Jedno jest pewne; wszędzie tam, gdzie prezydent “rusofob ” spróbuje przeciwstawić się odbudowującym się wpływom Moskwy, spotka się z głośnym chórem rusofilów, utwierdzającym słuszność przyczepionej przez media (rosyjskie głównie, lecz nie tylko) etykietki rusofoba.
Czy zatem słusznym pozostaje zarzut, iż odmowa zaproszenia została spowodowana “nieprzychylnością” prezydenta Kaczyńskiego wobec kierownictwa Kremla? Na pewno w dużym stopniu, lecz pewności, że fobia prezydenta Kaczyńskiego zaważyła na “dużo wcześniej” zaplanowanej wizycie prezydenta Autonomii Palestyńskiej w Moskwie w dniach 26-28 stycznia – niema.
Blok nr 14?
Zapewne część z Was pamięta konflikt, którego początki sięgają roku 2003, dotyczący wystawy w bloku nr 14. Kontrowersje i rozbieżności względem wystawy upamiętniającej wyzwolenie obozu Auschwitz przez Armię Czerwoną stały się przysłowiową kością niezgody między Warszawą i Moskwą. Emocje po obydwu stronach wzbudzała część ekspozycji, świadcząca o okupacji Polski przez rosyjską armię tuż po jej głośnym wyzwoleniu. Spór trwa nadal, jednak niedawno rzecznik prasowy obozu oświadczył, iż impas został przełamany, a obecnie są toczone rozmowy na temat ponownego, tym razem kompromisowego otwarcia ekspozycji.
Trudno powiedzieć, czy równolegle z listem (wiele wskazuje, że tak) strona polska zgodziła się na przygotowanie tegorocznej, tymczasowej wystawy przez stronę rosyjską.
Czy kwestia dotycząca kontrowersyjnej wystawy mogła wpłynąć na decyzję prezydenta Miedwiediewa? Jestem przekonany, że ustępstwa zaproponowane przez stronę polska powinny raczej zachęcić Rosjan, niż stanowić uzasadnienie odmowy wzięcia udziału w tegorocznych uroczystościach.
Patrioty?
W ciągu ostatnich miesięcy urzędowania prezydenta Busha Juniora doszło do podpisania przełomowej (z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski) umowy, dotyczącej instalacji elementów amerykańskiej BMD nad Wisłą. Nowy prezydent USA, zadbał jednak o to, aby plany ustępującej ekipy konserwatystów nie wyszły poza ambitną sferę planowania. Spekulowano, że rezygnacja z instalacji oznacza ukłon w stronę Kremla, natomiast ceną za ustępstwa będzie współpraca Moskwy i Waszyngtonu przy rozwiązaniu kwestii ambicji atomowych Iranu.
Moskwa była zadowolona z takiego obrotu rzeczy, humoru nie popsuła jej nawet kolejna deklaracja prezydenta Obamy, dotycząca rozwoju mobilnego systemu BMD, oraz możliwości stacjonowania pewnych jego elementów w Polsce.
W umowie podpisanej jeszcze z poprzednią administracją Białego Domu znalazł się zapis o stacjonowaniu na terytorium Polski baterii rakiet Patriot. Co ciekawe, prezydent Obama nie odstąpił od ustaleń dotyczących samej ich obecności, pewnym zmianom uległa jedynie kwestia instalacji uzbrojonych głowic.
Niedawne ogłoszenie przez ministra Sikorskiego lokalizacji dla baterii wytargowanych patriotów, wywołało wśród Rosjan pewną konsternację. Jako pierwsze podniosły się głosy, że w odpowiedzi na tak zdefiniowane zagrożenie, należy jak najszybciej wzmocnić bałtycką flotę. W tym miejscu zapalczywi wyliczali jakie jednostki są obecnie w produkcji i kiedy zostaną zwodowane.
Po jakimś czasie histeryczne głosy ucichły i nastąpiła całkowita zmiana wcześniejszego stanowiska. Ciekawe z jakiego powodu? Może ktoś w końcu uznał, że setka amerykańskich żołnierzy i jedna (nieuzbrojona!) bateria patriotów, nie są w stanie zagrozić pozycji Rosji w tej części Europy (dla porównania, kiedy rozpoczęto wycofywanie rosyjskiej armii w 1991 roku, w Polsce stacjonowało “jedyne” 53000 żołnierzy).
Czyżby prezydent Miedwiediew nie przyjął zaproszenia prezydenta Kaczyńskiego dlatego, że Amerykanie będą przysyłać do Polski swoich “chłopców” na kilkutygodniowy urlop z baterią niedziałających rakiet? Całkiem możliwe, gdyż podobno chodzi o symboliczną deklarację dalszego zaangażowania USA w regionie.
Gaz?
Rosjanie nie kryją faktu, iż surowce energetyczne stanowią istotny element uprawiania współczesnej polityki. Element istotny tak bardzo, jak bardzo uzależniona od surowców jest zamożna część Starego Kontynentu. Rosyjskie spółki powiązane z samymi szczytami władzy, ogromnym kosztem (z pomocą niemieckich przyjaciół) budują gazociągi okrążające tradycyjne kraje tranzytowe (Białoruś, Polska, Ukraina). Oficjalnie powodem jest niewiarygodność dotychczasowych partnerów, gdyż oni – jak ogólnie wiadomo – używają swej (wzmocnionej tranzytem) pozycji aby zagrozić żywotnym interesom Moskwy.
Ostatnio wiele się mówi na temat problemów z dostawami rosyjskiego gazu dla Polski. Nie jest tajemnicą, że Rosjanie starają się uzyskać jak największą kontrolę nad transportem własnego surowca, a obecne warunki (również pogodowe) są ku temu niezwykle sprzyjające.
Aby zobrazować determinację Rosjan, wystarczy posłużyć się przykładem obecnych negocjacji pomiędzy Gazpromem i PGNiG dotyczących EuRoPol Gazu, oraz dostaw błękitnego paliwa do Polski. Rosjanie, znając słabą pozycję negocjacyjną Warszawy, zażądali radykalnych zmian w sposobie kontrolowania tranzytu surowca, oraz obniżek samych taryf. Opornych z rady nadzorczej EuRoPol Gazu, wobec najnowszego pomysłu negocjatorów(wg pewnych źródeł chodzi m.in. o żądanie anulowania rosyjskiego długu za tranzyt z kilku poprzednich lat), zawieszono z powodu utrudniania osiągnięcia “sensownego” porozumienia. Usunięci pod naciskami panowie, zostali natychmiast zastąpieni odpowiednio przygotowanymi panami z Gazpromu i PGNiG, którzy pod nieobecność kolegów spróbują wypracować rozwiązanie obecnego impasu.
Jednym słowem sprawa przejęcia EuRoPol Gazu nie pachnie zbyt przyjemnie, a wiele wskazuje na to że będzie pachnieć jeszcze brzydziej. Czyżby odmowa spowodowana była “konfrontacyjną” postawą Warszawy podczas przedłużających się negocjacji? Pewności oczywiście nie ma, lecz nie jest to również wykluczone.
Reasumując, wielu Polaków (i nie tylko) liczyło na przyjazd prezydenta Miedwiediewa na tegoroczne 65 obchody rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz- Birkenau. Delegacja najwyższego szczebla odebrałaby rodzimym “rusofobom” ich najskuteczniejszy oręż, a tym, którzy szukają wzajemnego porozumienia dała nadzieje na jaśniejszą przyszłość. Cóż, wygląda na to, że kremlowski duet, wbrew temu co mówi nie stawia na pojednanie, lecz na dalszą konfrontację.
Rozpoczynające się w dniu dzisiejszym, wybory prezydenckie na Ukrainie zapewne przypieczętują “niebieską” kontrrewolucję i przeniosą Kijów na powrót pod skrzydła Moskwy.
Rosjanie mieli pięć lat na wyciągniecie wniosków z własnych błędów, popełnionych podczas poprzednich wyborów. Tym razem, partia ukraińska została rozegrana mistrzowsko. Nieważne kto zostanie wybrany, każdy z typowanych faworytów będzie liczył się ze zdaniem Kremla. Z pewnością miła odmiana i przyjemny prezent noworoczny dla Rosjan, którzy zlękli się, że Kijów wymknął się spod ich kontroli.
Wprawdzie, ubiegający się o reelekcję, prezydent Juszczenko przekonuje rodaków do głosowania zgodnie z interesami państwa. Wygląda jednak na to, że Ukraińcy nieco inaczej pojmują owe interesy. Społeczeństwo jest zmęczone, pragnie stabilizacji i przewidywalności, a te zdaje się oferować prorosyjski Janukowycz.
Wszystkim, którzy myślą(zgodnie z wszelkimi znakami na niebie i ziemi), że podczas wyborów zachód pozostanie bierny, Bieriezowski powściągliwy, a proces wybierania głowy państwa przebiegnie spokojnie – podsyłam ten link.
Źródła powiązane z Partią Regionów, wyrażają swe zaniepokojenie rzekomym “napływem” kilku setek “wysportowanych” Gruzinów, którzy przybyli na Ukrainę w celu destabilizacji wyborów.
Według cytowanych źródeł, w piątek wylądowały w Doniecku na wschodzie Ukrainy dwa czartery z 297 Gruzinami na pokładzie. Podobno niektórzy posiadali listę z adresami lokali wyborczych, choć wszyscy zgodnie twierdzili, iż przybyli w celach towarzyskich, aby spotkać się z wcześniej umówionymi Ukrainkami (poznanymi w sieci). Kolejny samolot dotransportował kolejnych 120, tym razem do Kijowa.
Osoba powiązana z gruzińską opozycją(cytowana przez RIA Novosti) twierdzi, że zorganizowani randkowicze mają powiązania ze służbami specjalnymi i armią. “Większość z nich to żołdacy. Niektórzy mają dowody z nieprawdziwymi nazwiskami, prawie wszyscy ukończyli specjalny trening i posiadają umiejętność walki” – informuje cytowane przez agencję źródło.
Być może jest to odpowiedź na odmowę rejestracji 3000 gruzińskich obserwatorów, których zadaniem miało być czuwanie nad prawidłowością wyborów. Być może emigracja rosyjskich oligarchów pozostających w niełasce, próbuje przeszkodzić na tyle, na ile faktycznie może. Biorąc pod uwagę prokremlowskie sympatie agencji, nie jest wykluczona próba prowokacji “prewencyjnej”. A może faktycznie istnieje plan X, i podobnych czarterów jest więcej?
Jedno jest pewne, to będzie długa niedziela, a nastroje są gorące mimo przenikliwego chłodu.
PS. Korzystając z okazji, że ostatni raz byłem tu w roku 2009, chciałbym życzyć wszystkim odwiedzającym, jak najlepszego roku 2010. Oby ziściły się Wasze najskrytsze marzenia i zrealizowały najbardziej karkołomne plany!
Kryzys gospodarczy, którego początków należy szukać na przyzwyczajonym do rynkowych spekulacji zachodzie, uderzył mocno, bez wyjątku we wszystkie zglobalizowane stolice. Część z poszkodowanych, wpompowując ogromne kwoty w stygnącą gospodarkę, zdołała utrzymać magiczny wskaźnik wzrostu gospodarczego na dodatnim poziomie. W wielu przypadkach wartości dodatnie, mniejsze od pełnego punktu procentowego, były znakomitym powodem do świętowania i dowodzenia wyższości własnego modelu ekonomii nad tymi, którym nie do końca się powiodło. W przypadku Rosji, recesja wywołała ogromne spustoszenie, powodując blisko 10% deficyt. Biorąc pod uwagę przedkryzysowe dochody Moskwy, kiedy baryłka ropy osiągała astronomiczne ceny, a wpływy z tytułu jej sprzedaży gwarantowały stałą nadwyżkę budżetową – sytuacja obecna nie przedstawia się równie optymistycznie. Oczywiście, przekłada się to negatywnie na pozornie jednomyślny krajobraz polityczny Kremla.
Pierwsze lata urzędowania prezydenta Putina skierowane były głównie na sukcesywną centralizację władzy, która w rękach współczesnego cara Rosji miała stać się narzędziem doskonałym. Jak pokazały kolejne lata panowania, władza została wykorzystana do stworzenia swoistej symbiozy, balansu doskonałego, w którym współczesny władca kreśli każdy scenariusz i pociąga za wszystkie sznurki rosyjskiej sceny politycznej. Dalszymi konsekwencjami rosyjskiego modelu demokracji są aresztowania oligarchów, niewykazujących chęci do szczerych kontaktów z władzą, oraz przejmowanie ich majątku z uwagi na rzekome nieprawidłowości podatkowe. Nowo otworzone spółki wymagały wymiany kadry zarządzającej ze starej na lojalną, dlatego nie jest niespodzianką, że podstawowym kryterium doboru była lojalność właśnie. W niezdrowych proporcjach niestety, co doskonale widać na kilku przykładach większych rosyjskich firm z sektora paliwowego. Kryzys potraktował Rosję bardzo dotkliwie, niektórzy twierdzą nawet, że niezasłużenie okrutnie, ukazał również słabość dokonywanych wówczas przez samego cara, wyborów.
Polityka władcy opierała się w dużej mierze na zaspokajaniu emocjonalnych potrzeb swoich poddanych, upadek ZSRR, chaos lat 90tych, próby z gównokracją, Rosjanie potrzebowali silnego przywódcy, który podniesie ich z kolan i przywróci dumę utraconą w wyniku upadku imperium. Dobry władca to władca surowy ale sprawiedliwy, kocha lecz potrafi mocno po ojcowsku uderzyć, dobry władca broni swych poddanych a z największymi tego świata rozmawia jak równy z równym, nie, jak lepszy od wszystkich, car nowo odrodzonej Rosji.
Zanim jednak nastały niewesołe czasy obecne, prezydent Putin został człowiekiem roku magazynu TIME, spekulowano również, że car być może przedłuży swoją kadencję, a naród będzie mógł dłużej wzrastać w jego ojcowskim uścisku. Zdania na temat przedłużenia kadencji prezydenckiej były wśród społeczeństwa podzielone z kilkuprocentową przewagą przeciwników takiego rozwiązania, tak mówiły sondaże. Grupa deputowanych z obwodu Iwanowskiego postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i poddała głosowaniu w Dumie pomysł wydłużenia kadencji urzędującego prezydenta z 4 do 7lat. Głosowanie zostało odrzucone ponad 300 głosami. Podobno prezydent nic nie wiedział o całej sprawie i twierdził, że podobnym inicjatywom był przeciwny i nie zgadzał się na ewentualne przedłużenie własnej kadencji.
Władca już od dawna wiedział, że władza faktyczna, to nie sztucznie uśmiechnięci dyplomaci w zadymionych salonach, lecz syberyjskie pustkowia zasobne w drogocenne surowce, których globalnie deficytowy charakter i rodzima obfitość, decydują o międzynarodowej pozycji cesarstwa. Władca wiedział też, że zabawy z wydłużaniem kadencji raczej mu zaszkodzą niż przysłużą się słusznej sprawie, dlatego zgodnie z współczesną rosyjską tradycją namaszczenia kolejnego władcy, pojawiły się oficjalne nazwiska potencjalnych następców, celem sprawdzenia reakcji wyborców.
Na kilka miesięcy przed marcowymi wyborami, wypłynęły dwa nazwiska, dwóch urzędujących wicepremierów, spekulowano, że to właśnie oni zmierzą się w wyścigu po fotel prezydencki. Twardogłowy Siergiej Iwanow, minister obrony narodowej powiązany z frakcją siłowików, oraz relatywnie liberalny i mało znany Miedwiediew. Za Iwanowem przemawia doświadczenie, praca w KGB,, blisko 30 lat znajomości z Putinem oraz jak twierdzą znawcy, niewielkie wpływy w obrębie samego klanu, gwarantujące Putinowi utrzymanie pozycji dominującej ustąpieniu z urzędu. Pierwsze niezależne sondaże przeprowadzone przez Centrum Lewady, faworyzując członka klanu Putina, dawały jego konkurentowi niecałe 30% poparcia. Specjaliści tłumaczą sondażowe sukcesy Iwanowa, zaostrzoną już wówczas retoryką wobec zachodu. Ceny surowców temu sprzyjały, a ostre tony względem niektórych zachodnich stolic, doskonale wpisywały się w zapotrzebowanie wyborców. Ludzie, z racji funkcji pełnionej przez Iwanowa kojarzyli wojowniczego kandydata z poligonów, prezentacji nowych broni itp, dlatego jawił się jako kontynuator twardej polityki jeszcze panującego prezydenta Putina. Większość analityków była zdania, że mocne gesty i ostre słowa Iwanowa były jednak elementem pokazowym, obliczonym na stworzenie swoistego magnesu dla głodnych chwały i międzynarodowego szacunku wyborców.
Putin miał twardy orzech do zgryzienia, z jednej strony zaufany, cieszący się sporym poparciem wyborców Iwanow, który mógł potencjalnie zagrozić pozycji przyszłej szarej eminencji Kremla. Z drugiej, liberalny Miedwiediew, którego prognoza politycznej kariery była mało obiecująca, sugerując bezpieczny i bezstresowy charakter pracy przyszłej szarej eminencji. Zaskoczenie, gdy prezydent Putin ogłosił nazwisko pomazańca, było krótkotrwałe, analitycy zgodnie orzekli, że wybór Miedwiediewa był zręcznym posunięciem taktycznym ze strony panującego władcy. Mało znany, o niewielkich wpływach, Dymitry Anatoljewicz postrzegany był jako figurant, kukiełka za sznurki, której pociąga abdykujący car.
Wcześniej nakreślony przez prezydenta Putina plan, nabrał realnych kształtów. Swój człowiek, zasiadając na fotelu prezydenckim, był lojalny, posłuszny, w przeciwieństwie do swego mistrza nie wykazywał równie szerokich ambicji względem władzy, przynajmniej oficjalnie nie wykazywał. Nie próbował też naruszyć z tak wielkim trudem tworzonego przez Putina, balansu sił między poszczególnymi frakcjami Kremla. Władca zadbał o to, by namaszczony następca nie miał bezpośredniego wpływu na resorty siłowe, gdyż tam rządzili lojalni mu ludzie.
Trudno jednoznacznie i precyzyjnie określić datę, kiedy Miedwiediew, mający początkowo niewielkie wpływy, z przyczepioną przez złośliwych komentatorów etykietką marionetki, uznał, że teraz właśnie nadszedł jego czas. Z pewnością decydującą rolę w procesie zmiany motywacji obecnego prezydenta odegrał kryzys rynków finansowych, nagła, kilkukrotna obniżka cen rosyjskiego importu odbiła się niezdrowo na budżecie federacji, ukazując tragiczną sytuację gospodarczą, maskowaną dotychczas, stałym napływem petrodolarów. Być może, właśnie w tym momencie prezydent uznał, że winy za słabe przygotowanie Rosji do kryzysu nie ponosi wyłącznie Ameryka, lecz także jego poprzednik, który doprowadził do wycofania sporej części zachodniego kapitału, zaniedbując jednocześnie rozwój własnej gospodarki w latach globalnej prosperity.
Zastanawia, jak istotną rolę w dojrzewaniu Miedwiediewa do koncepcji Rosji liberalnej, otwartej na świat, odegrał element ekonomicznej indolencji poprzedniego władcy. Z pewnością był to czynnik istotny dla wywołania samego procesu, jednak nie należy bagatelizować ukrywanych dotąd ambicji Miedwiediewa. Jeśli cofniemy się pamięcią do czasów kiedy obecny premier Putin odgrywał rolę zaufanego i lojalnego względem ustępującego prezydenta Jelcyna, widzimy pewne prawidłowości w ewolucji obydwu pomazańców. Wprawdzie jest jeszcze za wcześnie aby stwierdzić, że Miedwiediew jest równie ambitny i wyrachowany, jak jego mentor, jednak gołym okiem widać różnicę między Miedwiediewem z pierwszych dni prezydentury, a Miedwiediewem obecnym. Kilka dni w honorach i zaszczytach jakie przypadają w udziale głowie państwa, wpływa budująco na własne ego, karmi uśpioną dotąd ambicję, można więc uznać, że motywacja i system wartości Miedwiediewa prezydenta, różni się znacznie od Miedwiediewa jeszcze kandydata.
Jakiś czas temu, pojawiły się plotki na temat zmian kadrowych na najwyższych stanowiskach federacji. Spekulowano między innymi na temat dymisji lojalnego wobec Putina, ministra spraw zagranicznych Ławrowa, jednak pierwszym ewidentnym znakiem odmienności poglądów Miedwiediewa, był artykuł „naprzód Rosjo!” w którym prezydent nakreślił wytyczne, którymi Rosjanie powinni się kierować aby modernizacja Rosji przestała być jedynie kolejnym z pobożnym życzeń społeczeństwa i kolejnych władców, lecz stała się celem osiągalnym w ciągu najbliższych dekad. Prezydent w tekście piętnował korupcję, zwracał uwagę na palącą potrzebę liberalizacji gospodarki, wreszcie krytykował małą przejrzystość procesów politycznych, sugerując liberalizacje również tej sfery. Wyraźnie zaznaczył jednak, że Rosji nie jest potrzebna rewolucja, że zmiany powinny przebiegać stopniowo, ewolucyjnie, aby uniknąć kolejnych lat szkodliwego dla rozwoju państwa chaosu, który w latach 90 doprowadził do ryzyka całkowitego jego rozpadu.
Znamienne są słowa zawarte w artykule, prezydent pisze, że na drodze do modernizacji państwa stoją pewne kręgi, które „nie starają się stworzyć niczego nowego, nie chcą rozwoju i boją się go..”. Nasuwa się refleksja, czy prezydent wspominając o pewnych kręgach miał na myśli stworzony przez Putina system, w którym władzę dzierżą ludzie kontrolowani bezpośrednio przez obecnego premiera? Być może Miedwiediew, publikując „Naprzód Rosjo!” postanowił , że użyje tekstu jako narzędzia pomiaru nastrojów społecznych względem własnej osoby, oraz względem wizji Rosji ze swych ambitnych planów. Pomiar nie wypadł zbyt obiecująco.
Od pierwszych dni kadencji Miedwiediewa minęło ponad półtora roku i wiele się w tym czasie zmieniło. Młody następca, ponad wszelką wątpliwość, okazał się człowiekiem zdolnym unieść niełatwy ciężar prezydentury. Nowy władca zdołał też zgromadzić całkiem sporą i wpływową grupę lojalnych zauszników. Być może nadeszły czasy, kiedy władca pozorny, kukiełka szarej eminencji cicho przygotowuje się do sięgnięcia po władzę faktyczną, próbując przejąć kontrolę nad balansowaniem frakcji w obrębie Kremla?
Gdyby spekulacje okazały się prawdą, a ambitny plan Miedwiediewa odniósł sukces, krajobraz polityczny Kremla z pewnością uległ by radykalnej zmianie. Pewności, że prezydent pozostałby równie liberalny w momencie uzyskania kontroli nad resortami siłowymi, jednak nie ma. Nie ma również pewności, że obecne pragnienie zmian politycznych nie jest jedynie tymczasowym posunięciem, tracącym rację bytu natychmiast po osiągnięciu prezydenckich celów. A co jeśli liberalne szaty Miedwiediewa skroił nie kto inny, jak szara eminencja we własnej osobie po to, aby przywitać z powrotem z wielkim hukiem wyrzucony kapitał zachodnich kolegów, gdyż płynność finansowa rosyjskich gigantów rynku została zdradziecko zaburzona? Czyżby, kryzys wymógł zmianę twardej retoryki, lecz godność i duma nie pozwalały tego wyartykułować osobiście?
Europa z pewnością po cichu sprzyja liberalnemu Miedwiediewowi. Bruksela obawia się jednak czarnego scenariusza, więc europejczycy pozostaną bierni wobec samego procesu ewentualnych zmian zachodzących na Kremlu. Ostatecznym Zwycięzcą mógłby zostać przeciwnik naszego faworyta, a w takim scenariuszu sucha dyplomacja z pewnością by zawiodła. Czas pokaże jak potoczy się dalej dramat, którego scenariusza nie znają w pełni biorący w nim udział aktorzy. Kreml pokazuje nam wyraźnie, że ma dwa odmienne oblicza. Jedno z nich znamy już dobrze, mieliśmy czas właściwie je ocenić, wiemy też do czego jest zdolne. Drugie natomiast jest nam mniej znane, lecz wykazujące zdecydowaną chęć współpracy. Europa i Rosja potrzebują współpracy.
Tymczasem świat w milczeniu oczekuje na kolejne akty kremlowskiego dramatu.
Dla baardzo wytrwałych, materiał telewizji Russia Today przypominający inaugurację panowania obecnego prezydenta Miedwiediewa. Pełna wersja.
Pochodzące z łaciny słowo corele z którego rodowód wiedzie współczesny termin – kultura, odnosiło się pierwotnie do czynności z dzisiejszym znaczeniem tego słowa mających wspólnego raczej niewiele. Zanim współczesna forma wyrażenia przybrała swe wieloznaczne oblicze, starożytni Rzymianie używali określenia cultus agri, oznaczającego po prostu uprawę ziemi. Protoplastą nowego, szerszego znaczenia jest bez wątpienia Cyceron, który dążąc do określenia pierwszej w literaturze koncepcji filozofii użył wyrażenia cultura animi, czyli dosłownie uprawa umysłu. Od tego czasu pojęcie rozrosło się i zaczęło sukcesywnie obejmować kolejne sfery życia człowieka. Współcześnie, kiedy mówimy kultura, zwykle mamy na myśli wszystkie te aspekty, które tworzą całokształt materialnego i duchowego dorobku społeczeństwa.
Na czym polega specyfika współczesnej rosyjskiej kultury, która dla większości postronnych obserwatorów zdaje się być nieprzeniknioną enigmą? Co przeszkadza w uchwyceniu kształtu mistycznej mozaiki na którą składa się dorobek serc i umysłów naszych wschodnich sąsiadów? Ponieważ tematem numeru jest rosyjskie kino, spróbujmy przyjrzeć się pewnym przejawom rosyjskiej kultury w tej właśnie, formie wyrazu.
Współczesne kino rosyjskie (patrząc przez pryzmat niezależności definiowanej brakiem powiązań twórców kina ze światem polityki), można w sposób intuicyjny podzielić na kino zależne oraz niezależne, przy czym należy dodać, że kryteria według których dokonujemy tego podziału różnią się nieco od tych ogólnie przyjętych na zachodzie ze względu na bardzo specyficzny model rosyjskiej demokracji, oraz na rzadko spotykaną na zachodzie, wrażliwość władzy względem wszelkich przejawów jej krytyki.
Twórców ruchomego obrazu, których szerokie znajomości w kręgach rządzących pozwalają sięgnąć po większe środki na zmaterializowanie swej zgodnej z prawdą historyczną wizji, można bez najmniejszych problemów w interpretacji zaliczyć do grona artystów zależnych. Przyczyna samego zjawiska jest chyba jasna i nie wymagająca szerszego komentarza, natomiast szlak do sukcesu, kroczących ścieżką przypodobania, został już dawno przetarty.
Kino zależne stanowi niezwykle przydatne narzędzie, umożliwiające kontrolę i manipulację, nad zbiorową pamięcią narodu, a filmowa legitymizacja środków, którymi posługują się rządzący w celu skuteczniejszego władania jest z pewnością im samym na rękę. Wynika stąd, że zachodząca obecnie symbioza, ma raczej potencjał wzrostowy, niż spadkowy. Świadectwem może być powołana w zeszłym roku, rada do spraw rodzimej kinematografii, na czele, której stanął nie kto inny, jak premier Putin we własnej osobie. Zadaniem nowo utworzonej rady jest wsparcie prawomyślnego, rosyjskiego przemysłu filmowego, zapewniając rządowe granty dla twórców przychylnych władzy.
Niebagatelną rolę wśród rosyjskiego, zależnego krajobrazu filmowego odgrywa Nikita Michałkow, niegdyś wybitny i niezależny reżyser, który obecnie z błogosławieństwem Moskwy szefuje związkowi rosyjskiej kinematografii. Ze stanowiskiem prezesa związku wiąże się zresztą ciekawa historia, będąca próbą obalenia przychylnego władzy prezesa i dążeniem do obsadzenia stanowiska przez kogoś, kto na ten fotel faktycznie zasługiwał. Próba oczywiście nie powiodła się, mimo faktu, iż związek zdołał wybrać na przewodniczącego niezależnego od władzy reżysera. Michałkow zwołał natychmiast konkurencyjne zebranie, na którym sam został wybrany prezesem, unieważniając postanowienia poprzedniego zjazdu.
Nieco inaczej przedstawia się, krajobraz przemysłu filmowego jeśli dla odmiany przyjrzymy się drugiej stronie filmowej barykady. Niezależna rosyjska kinematografia wbrew pozorom istnieje, z pewnością można wskazać wiele jej przykładów, jednak używając wcześniejszych kryteriów z naciskiem na polityczny aspekt niezawisłości kina, można mieć wątpliwości, czy jest ono faktycznie niezależne. Obrazy krytyczne w swym wyrazie względem nie do końca chlubnej historii istnieją, mają się dobrze i z pewnością nadal będą tworzone i hołubione przez rzesze wielbicieli niezależnego kina na całym świecie. Szczególnie wśród licznych rusofilów, zafascynowanych twórczością Sokurowa, Zwiagincewa, Meschijewa czy Bałabanowa, oraz podejmowanymi przez nich próbami rozliczania się z własną, często kontrowersyjną historią. Problem polega na tym, że mniej wprawne oko nie dostrzega cienkiej, niewidzialnej granicy pomiędzy tym co dozwolone i politycznie poprawne a tym, co wręcz przeciwnie – zakazane. Oczywiście można spierać się o kształt, zasięg i samą definicje owej subtelnej granicy, jednak generalizując, można śmiało stwierdzić, że takowa istnieje, a najbardziej współmiernym jej wyznacznikiem jest poprawność polityczna współczesnych twórców kina, względem aktualnych rezydentów Kremla. Sytuacja obecna, mimo, że daleka od doskonałości, może ulec dodatkowym komplikacjom, biorąc pod uwagę utworzenie przez Rosjan specjalnej rządowej komisji, celem weryfikacji wszelkich przekłamań historycznych, które niczym plaga osiadły cieniem na współczesnej rosyjskiej kinematografii. Niepokojące zjawisko, jakim jest utworzenie wspomnianej komisji, w pewnym sensie przywodzi na myśl czasy ZSRR, kiedy ojcem radzieckiego kina był Stalin, a główni aktorzy i scenariusze większości dopuszczonych obrazów, musiały przejść pozytywnie surową krytykę cenzurującego wodza.
Przedmiotem moich zainteresowań jest rosyjska polityka, więc film automatycznie schodzi na dalszą pozycję, być może nie stawia mnie to w pozycji odpowiednio godnej do pisania o rosyjskim kinie. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że kino z racji zainteresowań, potraktowałem eksperymentalnie, poddając kryterium niezależności filmu drobnej modyfikacji. Niezależność definiowana polityką, taki jest cel zawartych tu słów, dlatego rodzi się pytanie: czy rosyjska kultura, a właściwie jej celuloidowy wariant skazany jest na uległą prawomyślność wobec władzy? Z pewnością tak, jeśli chodzi o prokremlowskich czarodziejów kina, lecz w przypadku prawdziwych artystów ma szansę na nieskrępowany wzrost pod warunkiem, że ich sztuka nie dotknie tematów dla urzędującej władzy niewygodnych i względem niej krytycznych. Nasuwa się refleksja, czy ograniczona polityką przestrzeń tej drugiej sprawia, że jest ona prawdziwym przejawem kultury, czy raczej sztuką pewnego kompromisu, doskonale wpisującą się w słowa tytułu niniejszego tekstu?
Ps. Tekst ukazał się w internetowym magazynie kulturalnym EGO.
Ostatnio w rosyjskiej prasie pojawiły się wzmianki na temat prac nad nowa doktryną wojskową. Prace są już na bardzo zaawansowanym etapie, natomiast sam dokument powinien wejść w życie z początkiem przyszłego roku. Najważniejszym z punktu widzenia międzynarodowej społeczności, jest wprowadzenie prewencyjnego użycia broni atomowej. Oznacza to, że Moskwa będzie mogła sięgnąć do atomowych arsenałów w przypadku zagrożenia definiowanego przez władze samego Kremla, przy czym subiektywne poczucie zagrożenia będzie podstawowym kryterium wg którego prezydent podejmie podobną decyzję. Zapewne siła odstraszania takiego mechanizmu będzie wpływać pozytywnie na rosyjskie bezpieczeństwo, jednak czy podobne rozwiązania przyczynią się do zwiększenia globalnego bezpieczeństwa, pozostaje kwestią sporną.
Głosy na temat konieczności wprowadzenia podobnych zapisów pojawiły się już w momencie kiedy NATO zrzucało swoje bomby na Serbię w latach 90tych. Tuż po wydarzeniach na Bałkanach Rosjanie przeprowadzili symulację ewentualnego konfliktu z zachodem. Symulacje wykazały, że Rosja nie byłaby w stanie odeprzeć zachodniej ofensywy, używając jedynie broni konwencjonalnej. Według rosyjskich specjalistów, nowa doktryna jest również odpowiedzią na proces ekspansji NATO w kierunku wschodnim, na tereny byłych radzieckich satelit oraz państw związkowych.
Pozwolę sobie przytoczyć argumenty sekretarza Rady Bezpieczeństwa Rosji, na temat potrzeby wprowadzenia nowej strategii obronnej Rosji. Pan Nikołaj Patruszew powiedział, że “..musimy wziąć pod uwagę, że sytuacja w kraju i na świecie zmienia się dynamicznie. W roku 1993 uznaliśmy, że konflikt zbrojny jest niemożliwy, lecz życie pokazało, że to nie prawda. Istnieją konflikty regionalne i lokalne a większy konflikt nie jest wykluczony, więc musimy być na to gotowi.” Na pytanie odnośnie prewencyjnego użycia broni nuklearnej, zadane przez dziennikarza gazety Izwiestia, Pan Patruszew odpowiedział, iż “..rozważana jest opcja użycia broni nuklearnej w zależności od sytuacji oraz intencji potencjalnego przeciwnika. W sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa narodowego, atak nuklearny, również prewencyjny, nie jest wykluczony.”
Być może nieco zaskakujący dla przeciętnego zjadacza chleba jest fakt, iż Moskwa rozważając potencjalny konflikt za głównego i najbardziej prawdopodobnego przeciwnika uznaje Sojusz Północnoatlantycki. Wprawdzie, jak mówią rosyjscy specjaliści, obecne stosunki z NATO zostały przywrócone do normalnych i wróciły do temperatury zbliżonej do tej z przed wojny z Gruzją, jednak obecna sytuacja “taktyczna” może ulec szybkiej zmianie. Niewygasłe zainteresowanie Stanów Zjednoczonych Kaukazem a konkretniej Gruzją, oraz plany względem Ukrainy są czynnikami, które mogą taką zmianę wywołać. Biorąc pod uwagę sposób, jaki Moskwa wybrała aby uporać się ze zbuntowaną, ważną strategicznie Gruzją, należy spodziewać się zdecydowanych działań ze strony Kremla w przyszłości. Jeżeli przyjmiemy, że zeszłoroczny konflikt na Kaukazie był pewnego rodzaju sygnałem, ostateczną nieprzekraczalną linią nakreśloną przez Moskwę, która wyznaczyła granice wschodniej ekspansji NATO, możemy uznać, że wszelkie próby jej przekroczenia ze strony zachodu, spotkają się ze zdecydowaną reakcją. Nowa doktryna z pewnością wpisuje się w tą teorię, dając Rosjanom szersze pole manewru. Z nuklearnym parasolem bezpieczeństwa na wypadek większej determinacji zachodu, względem ingerencji w rosyjskie strefy wpływów.
Warto również wspomnieć o pozornie niewinnym zapisie, który znajdzie się w opracowywanej właśnie strategii. Chodzi o kontrowersyjną kwestię możliwości użycia siły w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa rosyjskich obywateli poza granicami federacji. Dlaczego kontrowersyjną? Otóż dlatego, że jeśli przypomnimy sobie zeszłoroczny konflikt w Gruzji a właściwie okres poprzedzający rosyjską interwencję, bardzo wyraźnie widać w jaki sposób Moskwa użyła tej jeszcze nieformalnej argumentacji w celu usankcjonowania swych działań militarnych.
Akcja Paszportowa w trakcie, której Moskwa na masową skalę wydawała rosyjskie dukumenty dla czujących bratnie więzi obywateli zbuntowanych gruzińskich prowincji, była ewidentnie skierowana na zapewnienie sobie Casus belli. W większym wprawdzie stopniu na własnym podwórku, niż za granicą z uwagi na ograniczony zasięg prokremlowskich mediów. W przyszłym roku, zapis pozwalający na użycie tej argumentacji zgodnie z prawem, zostanie zawarty w dokumencie na podstawie którego prezydent Federacji Rosyjskiej podejmował będzie strategiczne, mające wpływ na globalne bezpieczeństwo, decyzje.
Oczywiście, nikt nie neguje rosyjskiej powinności względem swych obywateli, którzy znaleźli się w niebezpieczeństwie poza granicami państwa. Zdecydowana reakcja w takich przypadkach jest zrozumiała i usprawiedliwiona. Sprawa przedstawia się nieco inaczej jeżeli weźmiemy pod uwagę powtórkę z akcji paszportowej, tym razem na Krymie, czyli regionie należącym formalnie do Ukrainy. Obok innych form nacisków na prozachodnie władze w Kijowie, zbliżone działania Moskwy były przyczyną ciągnącej się właściwie do dziś, wojny dyplomatycznej. W obliczu szerokiego marginesu interpretacji podobnych przepisów przez Rosjan, nie bez znaczenia jest znaczna, rosyjska mniejszość w Krajach Bałtyckich. Wprawdzie na liście strategicznych priorytetów Moskwy, kraje bałtyckie znajdują się dużo niżej niż Ukraina, czy Gruzja, jednak zakładając, że Rosjanom uda się sprowadzić Kijów i Tbilisi na właściwy tor, ekspansja wpływów w regionie Bałtyku pozostaje tylko kwestią czasu.
Nieco odmienne zdanie na temat nowej doktryny przedstawia Pan Aleksander Szarawin. prezes Moskiewskiego Instytutu Analiz Politycznych i Wojskowych twierdzi, że doktryna, która obecnie obowiązuje w sposób zadowalający spełnia swoje zadanie. Warto dodać, że aktualnie obowiązujący dokument z roku 2000 przewiduje użycie broni jądrowej jedynie w przypadku zmasowanej agresji przeciwko terytorium Rosji. Pan Szarawin dodaje również, że “.. broń nuklearna jest zarówno narzędziem politycznym jak i elementem strategicznego odstraszania. Jeśli ogłosimy, że użyjemy tej broni w konflikcie lokalnym, automatycznie zdegradujemy jej rolę.” Problem nie tkwi jednak w tym, że rola broni zostanie zdegradowana, lecz w tym, w jaki sposób podobna deklaracja i jej skutki wpłyną na globalne bezpieczeństwo. Jako ciekawostkę, należy dodać fakt, iż rosyjska prasa informuje jakoby Stany Zjednoczone również rozważały wprowadzenie analogicznych zmian do własnych zasad użycia broni jądrowej.
Aby zbudować wierniejszyobraz zmian zachodzących w mechanizmach użycia rosyjskich sił zbrojnych, warto wspomnieć o przyjętej niedawno prze niższą Izbę rosyjskiego parlamentu ustawie, która całkowicie zmienia procedury użycia wojska poza granicami kraju. Rosyjscy specjaliści twierdzą, że ustawa z 2006 roku, która zostanie zastąpiona przez nową, zezwala na użycie armii przez prezydenta poza granicami federacji jedynie w przypadku zwalczania “terroryzmu”. Eksperci są również zdania, że dotychczasowa ustawa jest anachroniczna i nieefektywna z uwagi na nieprecyzyjny charakter praw w niej zawartych, oraz z uwagi na rozbieżności w interpretacji sformułowań – “czas wojny” i “sytuacja walki”. Fundamentalna zmianą w stosunku do poprzednich rozwiązań jest sposób podejmowania decyzji o użyciu wojska. Do tej pory konieczna była zgoda parlamentu, obecnie decyzja należeć będzie do prezydenta.
Wygląda na to, że Rosjanie, czując zmniejszony ciężar amerykańskiej uwagi na Starym Kontynencie, postanawiają rozpocząć proces odbudowywania wpływów w swoim najbliższym otoczeniu. Nie bez znaczenia jest obecna sytuacja na Kaukazie, który stanowi swoistą osłonę dla odkrytego, równinnego “podbrzusza” Rosji, jednocześnie romansując z zachodem. To właśnie tam, ostrożnie kalkulując bilans zysków i strat, Moskwa pokazała NATO co myśli o jego dalszej ekspansji w rosyjskie strefy wpływów.
Na Ukrainie zbliżają się wybory prezydenckie, których faworytem jest kandydat prorosyjski, być może jest to powód, dla którego Rosjanie wstrzymują się, od ewidentnych prób ingerencji w walki przedwyborcze. Część ekspertów jest zdania, że wejście w życie nowej doktryny oraz usprawnienia dokonywane w mechanizmach użycia armii, to celowe zabiegi Moskwy, nie przypadkowo zsynchronizowane z nadchodzącymi w styczniu wyborami. Rosja, wprowadzając ułatwienia względem użycia siły oraz poszerzając wachlarz motywów ową siłę usprawiedliwiających, oprócz tego, że dostosowuje się do współczesnego pola walki, wysyła również bardzo jasny, ostrzegawczy sygnał. Problem pojawi się dopiero w momencie, kiedy śladem Moskwy podążą inni gracze. Można śmiało zawyrokować, że krok do którego Moskwa właśnie się przymierza, w długotrwałych skutkach odbije się fatalnie na systemie globalnego bezpieczeństwa. Z pewnością będzie to krok w stronę zwiększenia ryzyka wybuchu globalnej wojny atomowej.
Być może Rosjanom właśnie o to chodzi? Ustępstwa będą niechętne lecz powszechne i nieuniknione, gdyż nikt przy zdrowych zmysłach nie pragnie przyczynić się do całkowitej lub częściowej zagłady ludzkości. Jeśli Rosjanie faktycznie zdecydują się na ten krok, powstaje pytanie, co NA TO zachód?
W rosyjskiej prasie pojawiła się ostatnio wypowiedź Władimira Putina na temat niemiecko rosyjskiego gazociągu, który połączy Rosję i Niemcy w nierozerwalnym, gazowym uścisku. Mowa oczywiście o gazociągu północnym znanym również pod nazwą Nord Stream. Premier Putin oświadczył, ze realizacja projektu powinna pójść zgodnie z planem. Znając sceptyczne stanowisko Szwecji i Estonii, przez których wody terytorialne przebiegać ma gazociąg, optymizm Putina jest co najmniej zastanawiający. Być może premier opracował już plan, dzięki któremu stanowisko Sztokholmu i Tallinna będzie można zignorować, lub używając odpowiednich środków, zmienić na przychylne.
Berlin i Moskwa podpowiadają, że budowa gazociągu Nord Stream, którego podstawowym zadaniem będzie transport syberyjskiego gazu z Rosji do Niemiec z pominięciem tradycyjnych krajów tranzytowych, jest projektem czysto ekonomicznym, że projekt wykazuje zupełny brak aspektu geopolitycznego. W czasie, kiedy zaangażowanie światowego supermocarstwa w konflikt w Afganistanie, Iraku, potencjalnie w Iranie, było odpowiedzią na zagrożenia wynikające z współczesnej geopolityki, Niemcy i Rosjanie zgodnie twierdzą że ich wspólne przedsięwzięcie jest pozbawione tego wymiaru oraz, że projekt nie jest wymierzony w kraje europy środkowej i wschodniej. Mocno zastanawiające.
Zakładając, że Rosjanom chodzi jedynie o wyeliminowanie opłat tranzytowych, nawet w tym przypadku nie można powiedzieć, że projekt nie jest wymierzony przeciwko środkowoeuropejskim stolicom. Oczywiście gdyby był to jedyny cel i idea projektu, sceptyczne stanowisko Warszawy nie byłoby usprawiedliwione. Rosyjsko niemiecki projekt, którego większościowym udziałowcem będzie strona rosyjska, może jednak zostać użyty, jako narzędzie uskuteczniania tradycyjnej polityki. Nie są to bezpodstawne domysły, lecz rzeczywistość, czego przykładem były rosyjsko ukraińskie wojny gazowe, których skutki odczuła również Europa zachodnia.
Biorąc pod uwagę aspekt geopolityczny projektu, nie dziwi fakt, że Rosjanie zapewniają o jego braku, nie dziwi również, że zgadzają się z nimi Niemcy, którzy dostali darmową próbkę tego co mogłoby ich czekać w razie ewentualnego konfliktu Moskwy z Warszawą, bądź Kijowem. Powinien natomiast dziwić, a właściwie zastanawiać fakt, iż Warszawa zdaje się tym zapewnieniom całkowicie ufać.
Koalicja państw, które podzielały stanowisko Polski względem gazociągu, bardzo szybko topnieje.
Pierwszym krajem, który zdecydował o przełamaniu impasu, została Dania. oficjalne zastrzeżeniem Kopenhagi było potencjalne zagrożenie ze strony projektu dla środowiska naturalnego. Wygląda na to, że wątpliwości ojczyzny Hamleta zostały rozwiane, pytanie tylko czy sprawcą był niezależny raport ekspertów, czy raczej nieupublicznione rosyjsko-niemieckie ustępstwa. Możemy z całą pewnością wykluczyć zmowę Kopenhagi z Berlinem, względem kwietniowego wyboru szefa NATO dlatego, że Dania wyraziła zgodę na ułożenie rury w jej strefie ekonomicznej dopiero w październiku, jednak bezinteresowne ustępstwa są zjawiskiem rzadko spotykanym w stosunkach międzynarodowych.
Kolejnym państwem, które w wyniku badań przedstawionych im prze specjalistów, rozważa zmianę stanowiska na temat projektu, to Finlandia. Widocznie, październikowe rozmowy premiera Putina z przedstawicielami fińskiego rządu okazały się owocne. Rozmawiano o problemach okresu kryzysu, wspólnych przedsięwzięciach oraz współpracy energetycznej, szczególnie ten ostatni aspekt jest niezwykle istotny dla uzależnionej w 100% od rosyjskiego gazu, oraz w 70% od rosyjskiej ropy, Finlandii. Być może dlatego, premier Putin wspomniał w trakcie rozmów, temat możliwości dopuszczenia Finlandii do udziałów w rosyjskich złożach Stockmana na morzu Barentsa. Nowo powstające, Finlandzkie centrum kultury w Sankt Petersburgu z pewnością nie odgrywa większej roli w procesie zmiany stanowiska rządu w Helsinkach.
Oczywiście są to spekulacje, jednak wygląda na to, że każdy ma swoją cenę, natomiast początkowe, negatywne stanowisko stanowi świetną pozycję wyjściową do dalszych, indywidualnych negocjacji .
Aby zrozumieć dążenia Kremla do utworzenia narzędzia uskuteczniania własnej polityki, należy zastanowić się nad problemami wynikającymi z rosyjskiej geopolityki. Jeżeli poddamy analizie wszystkie aspekty rosyjskiej geografii politycznej, jeden z nich wyraźnie wysuwa się na pierwszy plan. Mowa, oczywiście o ogromnym terytorium Rosji, które automatycznie determinuje pewne, określone działania Moskwy i kreśli nadrzędne wytyczne, na których Kreml opiera swoje strategiczne decyzje. Rozległe połacie terenów Rosji odegrały decydującą rolę w ewolucji rosyjskiej państwowości, oraz w kształtowaniu specyficznej formy społeczeństwa, które tworząc oddalone od siebie o setki kilometrów skupiska, miało tendencję do preferowania silnych, zapewniających odpowiednią opiekę, autorytarnych rządów.
Motorem działania Moskwy jest niewątpliwie czynnik samozachowawczy. Rosja, mając tak rozległe terytorium, nie posiada wystarczającej ilości naturalnych barier, aby skutecznie oprzeć się dobrze przygotowanej i zaplanowanej interwencji, przeprowadzonej przez odpowiednio przygotowanego przeciwnika. Aby należycie rozumieć i interpretować rosyjskie działania należy zdać sobie sprawę z tej prostej zależności. Historycznie, ekspansja zachodnia Moskwy była w jej oczach działaniem mającym na celu zapewnienia sobie względnego bezpieczeństwa. Optymalnym rozwiązaniem dla Kremla, było utworzenie wokół Rosji, szeregu państw buforowych, które obsadzone przychylnymi rządami pełniłyby rolę pierwszej linii obrony przed ewentualnym atakiem.
Jeżeli przyjmiemy, że naturalnym wektorem rosyjskiej ekspansji jest zachód, czyli Europa wschodnia, Gazociąg Północny doskonale wpisuje się w rolę katalizatora moskiewskich wpływów w tym regionie. Mimo jednoznacznych zapewnień dwóch największych udziałowców projektu, Berlina i Moskwy.
Wszystko wskazuje na to, że Nord Stream jednak powstanie, Rosjanom pozostaje jedynie przekonać Szwedów i ewentualnie Estończyków. Jeżeli, wbrew temu co obecnie mówi Moskwa, Rosjanie skorzystają w przyszłości z możliwości, które Nord Stream im oferuje, gdy zdarzy się ku temu odpowiednia okazja, Berlin będzie miał ograniczoną możliwość odpowiedzi, gdyż wiązałoby się to z zakręceniem gazowego kurka.
Berlin jest przekonany, że zrobił doskonały interes integrując Polskę w struktury UE, umiejętnie korzystając z soft power. Właściwie, dla Polski jest to również dobry interes ponieważ gwarantuje bezpieczeństwo przed ekspansją militarną ze strony obecnie przychylnego sąsiada, nie gwarantuje natomiast bezpieczeństwa przed ekspansją ekonomiczną i kulturową. Oczywiście mowa tu, nie o bezpośredniej propagandzie, lecz o subtelnej grze psychologicznej popartej odpowiednią kampanią przemysłu filmowego, oraz zaprzyjaźnionych mediów i organizacji pozarządowych, której obecnym niekwestionowanym liderem są Stany Zjednoczone.
Zakładając, że Rosja w długoterminowej perspektywie osiągnie swe strategiczne cele, upora się z przejściowo zaognioną sytuacją na Ukrainie, w Gruzji, oraz ureguluje sprawy na Białorusi, Moskwa będzie mogła poświęcić swą, dotychczas rozproszoną uwagę oraz odpowiednio zwiększone środki, aby zająć się skutecznym poszerzaniem własnych wpływów nad Wisłą.
Kiedy to nastąpi, niemiecka i rosyjska soft power po raz kolejny w historii zetrą się w przestrzeni społeczno-politycznej Polski, podobnie jak miało to miejsce tuż przed rozbiorami I Rzeczypospolitej w XVIII wieku, lecz w nieco odmiennej konfiguracji. Jak owo starcie wpłynie na samą Polskę i Polaków możemy jedynie spekulować. Doświadczeni historią możemy jednak pokusić się o wielce prawdopodobne stwierdzenie, że wszelkiego rodzaju próby nacisków ze strony naszych dwóch największych sąsiadów spotkają się ze zdecydowanym oporem.
Czyżby Polska skazana była, na niekończący się koncert swoich dwóch największych sąsiadów?
Kilka dni temu, byliśmy świadkami wizyty premiera Federacji Rosyjskiej, Władymira Putina, w Państwie Środka. Oficjalnie, wizyta miała przyczynić się do umocnienia bilateralnych relacji na linii Moskwa – Pekin, jednak mniej oficjalnie obie strony dyskutowały zapewne nad problemem irańskiego atomu. W wyniku fiaska rozmów na spotkaniu g5+1 + Iran w Genewie, oba mocarstwa dyskutowały zapewne, nie w jaki sposób zastosować sankcje względem Iranu, lecz prawdopodobnie, jak nagiąć twarde stanowisko USA, do swych własnych interesów.
Współpraca azjatyckich gigantów, czyli i Rosji i Chin, ostatnimi czasy układa się nadzwyczaj dobrze. Czynnikiem cementującym strategiczną przyjaźń, są w tym przypadku niewątpliwie więzi gospodarcze. W dobie kryzysu, Moskwa szuka w chinach nie tylko gwaranta jej politycznych ambicji, lecz przede wszystkim, zastrzyku gotówki w postaci inwestycji Państwa Środka w rosyjską gospodarkę. Rozwijający się w błyskawicznym tempie, chiński olbrzym stara się zabezpieczyć dla siebie jak największą ilość źródeł, względnie tanich, surowców. Zbieżność interesów w kwestiach ekonomicznych, przekłada się na stabilny szkielet udanych relacji politycznych. Oczywiście w relacjach tych, istnieje jeszcze jeden, lecz bardzo istotny element, który determinuje strategiczne partnerstwo Moskwy i Pekinu. Elementem tym, są oczywiście Stany Zjednoczone, których interesy krzyżują się, bądź też wzajemnie wykluczają z rosyjsko-chińskimi.
Podróż premiera Putina do największego sąsiada Rosji, przyniosła jak najbardziej wymierne korzyści. W trakcie spotkania chińskich biznesmenów z towarzyszącymi Premierowi, przedstawicielami rosyjskiego świata biznesu, doszło do podpisania kilku, bardzo istotnych kontraktów, łącznie na kwotę 3.5 miliarda dolarów. Zawarto również umowę ramową, dotyczącą sprzedaży oraz dostaw syberyjskiego gazu do Państwa Środka. Początek dostaw rosyjskiego surowca planowany jest na rok 2015. Obok umów dotyczących gazu, dwa giganty rynku paliwowego, rosyjski Rosnieft oraz chińskie CNPC, podjęły wspólny projekt budowy rafinerii, która zlokalizowana niedaleko od Pekinu, będzie w stanie przerobić rocznie prawie 110 mln baryłek ropy. Pozostałe kontrakty, zawarte podczas wizyty rosyjskiego premiera dotyczą m.in. inwestycji w infrastrukturę drogową, kolejową, budownictwo oraz projekty związane z bardziej efektywnym wykorzystaniem energii.
W trakcie wystąpienia na forum Szanghajskiej Organizacji Współpracy, premier Putin powiedział, że “energia tradycyjnie zajmuje kluczową pozycję na globalnej agendzie, co skłania mnie aby przypomnieć o rosyjskiej propozycji stworzenia pewnego mechanizmu dla rozmów na tym problemem w ramach SOW”. Czyżby premier Putin starał się przemycić w ramy SOW idee, o której Moskwa już niejednokrotnie wspominała? Mowa oczywiście o rosyjskiej propozycji, dotyczącej utworzenia kartelu gazowego na wzórOPEC w celu “regulacji” światowych cen tego surowca, tak aby cena pozostawała na wysokim, “nieszkodliwym” dla producentów poziomie. Problem w tym, że Pekin nie jest zainteresowany podobnym przedsięwzięciem. Przyczyną tego jest fakt, że Chiny nie należą do szacownego grona producentów gazu, lecz pozostają głównie jego konsumentem. W poczet państw należących do SOW wchodzą wprawdzie, kraje takie jak Kazachstan, którego rezerwy gazu określane są jako jedne z największych na świecie, oraz pomniejsi producenci gazu, jednak powodzenie podobnej inicjatywy zależy w decydującym stopniu od rządu w Pekinie.
Kwestią pominiętą w oficjalnych rozmowach, lecz zapewne poruszoną na spotkaniach przy zamkniętych drzwiach z chińskimi oficjelami, był z całą pewnością problem irańskiego atomu. Rozmawiano zapewne o tym jak ten problem rozwiązać, a właściwie jak rozwiązać problem USA i Izraela, czyli państw, które pragną powstrzymać lub ograniczyć atomowe ambicje Teheranu. Na temat podobnych spotkań, jak również ich hipotetycznego przebiegu, możemy jedynie spekulować, jednak za pewne możemy przyjąć fakt, iż Moskwa i Pekin jak najdalsze są od ułatwiania życia Stanom Zjednoczonym. Z pewności nie bez uczciwej wymiany na zasadzie coś za coś, targując się przy tym ostro, gdyż takie są reguły tej gry.
Stany, z różnych powodów znalazły się w sytuacji, gdzie Waszyngton daleki jest już od podejmowanych na własna rękę awanturniczych inicjatyw. W zaistniałej sytuacji, grzechem ze strony Moskwy i Pekinu, byłoby nie poświęcenie, jak (nie)donoszą gazety, czasu w celu wypracowania wspólnego stanowiska tak, aby wzmocnić siłę własnych argumentów podczas kolejnej rundy rozmów.
W czasie, kiedy premier Putin poszerzał i utrwalał rosyjsko chińskie stosunki, Amerykańska sekretarz stanu, pani Hilary Clinton, przybyła z dwudniową wizytą do Moskwy. Tematem przewodnim wizyty była, zapewne, również zakulisowa dyskusja na temat irańskiego atomu, natomiast na szczeblu oficjalnym , szeroko komentowanym w rosyjskiej prasie, poruszona została kwestia strategicznego partnerstwa Moskwy i Waszyngtonu.
Za nieco zaskakujące, można uznać końcowe stanowisko strony amerykańskiej, które w wyniku dwustronnych, rosyjsko-amerykańskich negocjacji, uległo diametralnej zmianie. W wyniku rozmów, Hillary Clinton powiedziała, że na sankcje wymierzone w Iran jest w chwili obecnej za “wcześnie“. Rosyjski minister spraw zagranicznych, pan Siergiej Ławrow, wtórował jej twierdząc, że “Rosja jest z zasady powściągliwa względem sankcji dlatego, że te, „rzadko przynoszą efekty”. Zapomniał natomiast dodać, że całkiem nieźle sprawdzają się one np wobec zbuntowanej Gruzji. Mogą również zaskoczyć słowa pani Clinton, która powiedziała, że Rosja była “nadzwyczaj pomocna” w działaniach jakie do tej pory podjęto względem Iranu.
Biorąc pod uwagę poufny charakter rozmów, zapewne ciężko będzie sprecyzować na czym owa pomoc Moskwy ma, bądź miała, polegać. Czyżby Kreml znał, szerzej nie znane fakty, dotyczące nieodkrytego przez wywiad USA wątku? Część analityków jest zdania, że podobne zachowanie Waszyngtonu jest spowodowane tym, że znalazł się on w sytuacji, kiedy powodzenie podejmowanych przez niego akcji zależy d w dużym stopniu od dobrej woli Moskwy. Zapewne stąd niespodziewana zmiana amerykańskiego stanowiska, w myśl zasady, że kiedy rzeczy idą nie po twojej myśli, a nie masz na to żadnego wpływu, udawaj, że tego właśnie oczekiwałeś i takie były twoje założenia, aby nie eksponować swoich słabości.
Czyżby izraelska lista, na której znajdowały się nazwiska rosyjskich naukowców zaangażowanych w prace nad bombą atomową w Iranie okazała się nieprawdziwa? Gazeta, która opublikowała newsa na ten temat, jak mówią specjaliści, jest znana z korzystania wyłącznie ze sprawdzonych źródeł. Fakt, iż publikacja na temat tej listy została usunięta z internetowego archiwum brytyjskiej gazety jest z całą pewnością niepokojący. Czyżby źródło okazało się niewiarygodne? Zapewne tak, natomiast innym wytłumaczeniem może być, czysto hipotetyczna, próba prowokacji ze strony Izraela, mającej na celu zdobycie międzynarodowego kredytu zaufania dla słuszności swej wizji, zagrożenia Iranem, oraz próba dyskredytacji Moskwy w oczach społeczności międzynarodowej. Biorąc pod uwagę obecne stanowisko Rosji względem Iranu, pomijając aspekt geopolityczny, Kreml jawi się jako wyważony rozjemca, orędownik umiarkowanego kursu, przeciwnik przemocy, nawet tej ekonomicznej i obrońca uciskanego państwa ajatollahów. Zakładając, że Izraelski przeciek został sfabrykowany, można jedynie spekulować przez kogo i w jakim celu.
W cieniu tych dwóch wizyt, odbyła się jeszcze jedna, na pozór nie związana z problemem irańskim. Kilka dni temu, na stronach polskiego MSZ, można był przeczytać o planowanej wizycie izraelskiego premiera w Warszawie. Nieco później okazało się, że Warszawę odwiedził jednak wicepremier i minister obrony narodowej Izraela, pan Ehud Barak. Na oficjalnej stronie polskiego MSZ znajdziemy informację na temat tego, że wicepremier Barak przybył na zaproszenie ministra Sikorskiego, jednak część znawców jest zdania, że wizyta była inicjatywą izraelską, natomiast motorem działania Tel-Awiwu była próba demonstracji wobec Moskwy faktu, iż Izrael może zaszkodzić Rosji w obrębie jej bliskiej zagranicy, angażując się we współpracę wojskową z Warszawą.
Czyżby Warszawa stała u progu szansy na faktyczną modernizację swojej armii, za pomocą izraelskiego przemysłu zbrojeniowego? Czas pokaże, natomiast czy teoria ta okaże się prawdziwa, zależeć będzie od Moskwy i tego jak ta, zachowa się w kwestii dozbrajania Iranu. Jedno natomiast jest pewne ponad wszelką wątpliwość, Kreml jak najdalszy jest od przyczynienia się do realizacji wizji silnej, dobrze uzbrojonej polskiej armii. Wobec tego nasuwa się pytanie, czy ważniejszy dla Rosji jest potrafiący się obronić przed potencjalnym atakiem Iran, czy raczej słaba, niewystarczająco zmilitaryzowana Polska.
Wygląda na to, że kwestia atomowych ambicji Iranu będzie punktem zwrotnym w sposobie, w jaki Ameryka do tej pory prowadziła swą politykę zagraniczną. Nie chodzi tutaj o wdrażaną przez Biały Dom, pokojową wizję świata prezydenta Obamy, lecz o fakt, że dostosował on jedynie, realia polityki zagranicznej Stanów do ich faktycznych, tymczasowo obniżonych, możliwości. Uwikłanie Waszyngtonu w kryzys wokół Irańskiego programu atomowego oznacza zmniejszenie uwagi USA w innych regionach świata. Przekłada się to na adekwatny wzrost aktywności, sił dotąd uśpionych, które wysyłają jasny sygnał dla Ameryki mówiący, że skończyły się czasy jednostronnie sankcjonowanych misji, na odległych zakątkach naszego globu, a kryzys irański jest tego doskonałym świadectwem.
Dla wytrwałych, kilkuczęściowy materiał (oto link do reszty, gdyby nie wyświetliła się opcja wyboru kolejnych), poruszający problemy dotyczące kryzysu irańskiego z nieco innej perspektywy, niż prezentowana na co dzień przez poprawne politycznie media. Polecam.
Najnowsze komentarze